8 Półmaraton Warszawski – relacja 21,095km

Po sumiennie przepracowanej zimie nadszedł czas sprawdzianu. Był to główny bieg wiosenny z ambitnie postawionym celem wynikowym (1:40:00). Aura spłatała nam psikusa i wiosenny półmaraton odbywał się w zimowej aurze. Ze względu na pogodę nie byłem w stanie zrobić ambitnych treningów z wysokimi prędkościami.  Stąd moja forma stanowiła dla mnie zagadkę…

Przed biegiem

Noc przedmaratońska była kiepska z powodu imprezy u sąsiadów. Spałem około 3 godzin. Pewnie na to nałożył się stres przedstartowy, choć w porównaniu z Berlinem to nie czułem go wcale.

Poprzednie dni patrząc za okno nie mogłem uwierzyć, że już w ten weekend stanę na linii startu walcząc o rekord życiowy. Start w półmaratonie w mojej ocenie miał być celem na pierwszą część sezonu. Szczerze mówiąc bardziej obawiałem się realizacji 1:40:00 w półmaratonie niż 3:50:00 w maratonie.

Budzik wyrwał mnie ze snu już o 6:00. Tradycyjnie przed startami zostaję jeszcze w łóżku leżakując na kolcach. Rozluźniałem matą odcinek lędźwiowy kręgosłupa, prawy pośladek i łydki. Córka wpasowała się w mój grafik wstając pół godziny później. W ten wyjątkowy dzień trudno oderwać się od codzienności. Przewinięcie, mycie, poranne mleko. Potem czas na moje śniadanie. Tradycyjnie postawiłem na dwie bułki z dżemem popite słodką herbatą. Jeszcze ostatnie przygotowanie bidonów z wodą na bieg, oraz izotonika Powergym Isopower na popijanie przed startem.

Kolejny rytuał przedstartowy to smarowanie: pachwin Sudokremem, sutków i ust wazeliną a twarzy tłustym kremem.

Ubiór na start

W tym roku aura była iście zimowa. W całej ośmioletniej historii tego biegu nie było tak zimno. Wg prognozy pogody miało być od -6 stopni o godzinie 8:00 (odczuwalna – 8) do około -2 stopni w okolicach godziny 12:00. Wiatr około 10km/h przy świecącym słońcu.

Po rozważaniu wielu wariantów zdecydowałem się biec w sprawdzonym zestawie zimowym: 2,5 warstwy z góry i 2 u dołu.  Na górę bielizna termiczna Craft Zero Extreme, kurtka biegowa Reeboka, a na to cieniutka koszulka startowa AdiZero w celu umocowania numeru. Dół bielizna termiczna Craft Zero Extreme oraz wysłużone legginsy Kalenji Isolate 3000 (które mimo kilku przetarć nie chcą odejść na emeryturę). Na start założyłem sprawdzone na maratonie opaski kompresyjne na łydki R2 Compress Sportu. Najtrudniejszy dylemat miałem z butami – czy biec w GoreTexowych, ciepłych Asicsach Gel Trabuco 14 czy też ryzykować chłód w stopy i założyć startowe AdiZero Boston 3? Miałem walczyć o solidny rekord życiowy stąd zaryzykowałem ze startówkami.

Na czas oczekiwania na start miałem przygotowaną bawełnianą koszulkę oraz na wypadek dużego wiatru 60l worek na śmieci.

Od razu ubrałem się w strój startowy, nałożyłem na niego ciepły, nieco za duży, dres ortalionowy i tak ubrany dotarłem na start.

Taktyka na bieg półmaratoński na 1:40:00

Plan na bieg przedstawiał się następująco:

DystansTempo (min/km)
do 2km4:50
3-10km4:44
10-16km4:40
po 16km4:30 (jak będą siły. W przeciwnym wypadku utrzymanie 4:40)

Odżywianie i nawadnianie

Przy panującej temperaturze odwodnienie było mało prawdopodobne. Dodatkowo spożywanie lodowatej wody do przyjemnych nie należy. Stąd miałem w tym aspekcie wolną rękę.

Jeśli chodzi o odżywianie to na 10-15 minut przed startem miałem spożyć kilka łyków izotnika. Następnie w połowie dystansu zaplanowany był jeden żel. Dodatkowo planowałem na własnej skórze przetestować pobudzające działanie Powerbomby i spożyć ją na 30 minut przed startem.

Przed startem

Tuż przed 9:00 dotarłem na stację Warszawa Stadion. Muszę przyznać, że jest to chyba jedyna stacja PKP w Warszawie, która wygląda po prostu ładnie. Na miejscu spotkałem mojego kolegę – Pawła, który miał się wcielić w rolę zająca i serwisanta. Przebraliśmy się na terenie dworca swoje stroje startowe. Na wierzch założyłem bawełnianą koszulkę a worek na wszelki wypadek schowałem do plecaka biegowego noszonego przez Pawła. Bezproblemowo i bezkolejkowo zdałem bagaż do depozytu. Praktycznie bez kolejki można było skorzystać z toalety. Naprawdę w zakresie dostępności przybytków można tą imprezę stawiać za wzór.

Rozgrzewka

Nieco spóźniony dotarłem na rozgrzewkę klubu 12tri prowadzoną przez mojego trenera Grześka. Zawsze przed startami mam problem ze zmobilizowaniem się do tego rodzaju aktywności. Wiadomo w grupie raźniej!

Oczekiwanie na start

Chwilę później wraz z zającem pokicaliśmy w okolice startu.

Spodziewałem się zabarykadowanych stref startowych do których można wejść na podstawie weryfikacji numeru a tymczasem zastałem pustą ulicę z niewielkimi, ale widocznymi tabliczkami określającymi planowany czas grupy. Skoro wejście na miejsca nie stanowi problemu można zająć się przedstartowymi potrzebami fizjologicznymi. Znowu praktycznie bez kolejki.

30 minut do startu – zaplanowany łyk Powerbomby. W kilku mililitrach fiolki ukryta jest moc filiżanki mocnej kawy doprawionej guaraną. Iście wybuchowa mieszanka w smaku przypominająca potwornie esencjonalne espresso.

Wracamy do swojej strefy, Przy okazji poznaję zająca biegnącego na 1:40:00 – Adama Dolińskiego. To on 2 lata temu prowadząc grupę na 1:50:00 dociągnął mnie na rekord życiowy 1:47:24. Dopytuję go o taktykę na bieg. Ma zacząć wolniej na pierwszych kilometrach a następnie zrobić nadróbkę, żeby móc ją stracić na podbiegu. Mój plan na bieg jest nieco inny. Mam szansę spotkać go tuż przed metą o ile przyspieszenie w końcówce będzie możliwe do realizacji.

Staram się cały czas ruszać by nie wystygnąć. Jest mi chłodno, ale nie zimno. Oddaję Foreunnera zającowi ucząc go obsługi. To będzie ciekawe wyzwanie – biec bez ciągłego gapienia się na zegarek :) Ostatnie minuty do startu, napięcie powoli rośnie, jak i pobudzenie po Powerbombie. 10 minut do startu. Wypijam izotonik, jest nieco zawiesisty, ale nie zalepił mnie. Tuż przed startem słuchamy Czesia Niemena "Sen o Warszawie". Odliczanie prowadzących nie zostaje podchwycone przez biegaczy. Pada strzał. Zaczęło się!

Start przebiega bardzo sprawnie. Po minucie już robi się ruch w strefie, po około półtorej truchtamy na linię startu. Zając wyrywa daleko do przodu, ja się nie spieszę. Mam inną taktykę. Po  2 minutach i 12 sekundach przekraczamy linię startu.

Bieg

Jest dość ciasno, ale bez dużego slalomu udaje się biec zaplanowanym tempem. Wychodzi słońce doświetlając nierozgrzane biegiem ciała. Podmuchy wiatru były zauważalne, ale nie przeszkadzały w bieganiu.

Wygląda na to, że pogoda łaskawie obejdzie się z biegaczami. Widzę znacznik pierwszego kilometra. 4:51 czyli niemal zgodnie z planem. Samopoczucie było przeciętne o czym niezwłocznie poinformowałem zająca. Jakoś trudno wyobrazić sobie życiówkę gdy uwiera już pierwszy kilometr. Za chwilę miało być tylko szybciej… Po chwili nadszedł moment, którego obawiali się wszyscy biegacze. Rondo de Gaulle'a (zwane też rondem z palmą) . Miejsce w którym dwie nitki mostów w sumie 6 pasów zbiegało się w dwa. O dziwo zbiegających z lewej strony nie było dużo. Zrobiło się nieco ciaśniej, ale nie dramatycznie. Przeskakiwaliśmy momentami na chodnik. Tak upłynął drugi kilometr. Przyspieszamy. 

Po chwili zorientowałem się, że mam rozwiązany but. Cholera! Gdy wychodzę z domu w stroju startowym zwykle zabezpieczam sznurówki. Tym razem zmieniałem buty i zapomniałem o tym szczególe. Dałem znać zającowi. Zbiegamy na chodnik na szybko i mocno wiąże but. Podrywamy się do biegu. Paweł chce nadrobić stracone sekundy. Ja go powstrzymuję. Ważne by wrócić do planowanego tempa. Mamy jeszcze zbieg i wiele kilometrów na dokręcanie czasu.  Mimo postoju byliśmy tylko sekundę wolniej od planu.

Niestety wiązanie okazało się dramatycznie słabe. Znowu rozwiązany but przy placu Piłsudskiego. Kolejna chwila postoju. Tym razem na szybko wepchnąłem sznurówki do buta. Obiegamy plac teatralny. Szukam wzrokiem grupy na 1:40, ale już nie mogę ich dostrzec. Tym razem nie udało się odrobić postoju tracimy 3 sekundy na 4km.

Po chwili mamy możliwość zobaczenia biegaczy podążających w kierunku placu teatralnego. Ten ludzki sznur robi ogromne wrażenie. Wracamy na Krakowskie Przedmieście. Budynki osłaniają od wiatru a słońce mocno przygrzewa. W powietrzu już czuć wiosnę. Naszym oczom ukazuje się brama mety  jakichś innych zawodów :) Od razu stała się przedmiotem żartów. Biegacze podnosili ręce w geście zwycięstwa, lekko przyspieszali.
Na Miodowej czekała na nas pierwszy punkt kontroli międzyczasu.  Ostatni kilometr nieco za szybko (4:37).

Jest mi niekomfortowo. Trudno wytłumaczyć sobie, że czeka mnie jeszcze 16km w coraz szybszym tempie. Omijamy szerokim łukiem punkt z napojami. Obawiałem się, że w ujemnej temperaturze rozlana woda zmieniła się w niebezpieczną ślizgawkę. W tej temperaturze odwodnienie raczej nam nie grozi. Kolejny km idealnie w punkt.

Skręcamy w Konwiktorską przebiegając obok stadionu Polonii. Paweł proponuje, żeby rozluźnić nogi na zbiegu i nie trzymać się kurczowo planowanego tempa. To dobry moment na wypracowanie nadróbki do stracenia na podbiegu. Usiłuję się rozpędzić popracować nieco mocniej. W końcu na zbiegu będę mógł nieco odpocząć. Na płaskim dobiegu nie czuję bym przyspieszył. Z górki już szło lepiej. 7km z zaledwie 8 sek nadróbki.  Zaledwie 1/3 dystansu za mną.

Nieco dalej interweniowała załoga karetki. Jeden z szybkobiegaczy z czerwonym numerem leżał na chodniku. Zbieg do Wisłostrady był dwuetapowy była więc szansa na jeszcze kilka sekund uzysku. Wiatr sporadycznie dmuchający od Wisły popsuł nieco wiosenną atmosferę biegania. 8km w 4:42 – 2 sekundy nadróbki.

Wisłostrada nie miała zamiaru się szybko skończyć. O ile poprzednie kilometry mijały dość szybko, teraz krajobraz jakby zwolnił a każdy krok nie przybliżał do mety. Nie było to wrażenie. Mimo próby podkręcenia tempa na ostatnich kilkuset metrach nasz pociąg zanotował  4 sekundowe spóźnienie.

Wzdłuż trasy biegu ustawiło się kilka zespołów. Naprawdę, granie przy ujemnej temperaturze nie należy do przyjemnych. Mam jeszcze żywe wspomnienia z młodości, gdy próbowałem swoich sił jako gitarzysta. W nieogrzewanym garażu po kilku minutach gry ręce zamieniały się w grabie uniemożliwiając złapanie chwytu na gryfie. Tym większy mam szacunek dla zespołów przygrywających nam na trasie. W tym momencie nadawała nam rytm kapela punkowa. Przez kilkaset metrów bieg stał się lżejszy, bardziej rytmiczny.  10km z dwusekundowym zapasem.

Podkręcamy tempo. Robi się naprawdę niekomfortowo.  Wreszcie w okolicach mostu Poniatowskiego pojawiają się tłumy dopingujących kibiców. Przypomina się atmosfera panująca na całej trasie w Berlinie. Odkrzykuję, przybijam piątki, macham. Wiem, że to zabiera część energii, ale jakoś nie sposób im wynagrodzić tego stania w mrozie. To nakręca i mobilizuje mnie do szybszego biegu. Na szczęście Paweł czuwa nad tempem i powstrzymuje moje zapędy. Ogromna szkoda, że zabrakło bramy – znacznika półmetka. Na pewno wielu biegaczy podbiosłoby to na duchu. 11km idealnie w punkt.

Zając pokicał po izotonik a ja zabieram się za spożywanie żelka. Nie zatrzymuję się, próbuję utrzymać tempo. Nie chcę stracić cennego czasu. Po długiej zimie szybkość nie jest moim atutem. Nie liczę więc na szybką końcówkę biegu. Gdy serwisant mnie dogania popijam wodą. Cała operacja trwa dość długo i zastaje nas znacznik 12km. 8 sekund straty.

Czuję się coraz gorzej. Zamiast zastrzyku energii z żelu czuję kolkę po prawej stronie. Biegniemy, byle zbiec z Wisłostrady. Liczę, że ból nieco się rozejdzie i pozwoli mi na walkę o życiówkę. Na 13km mamy 3 sekundy straty. Jeszcze chwila i widać skręt.

Czuję, że szansa na osiągnięcie zaplanowanego rezultatu wymyka się z rąk. Zając powoli mi odjeżdżał a ból zamiast łagodnieć narasta. Na nic próby podnoszenia rąk, rozmasowywania brzucha… Mimo problemów 14km z zaledwie jednosekundową stratą.

Na twarzy musiał zagościć potworny grymas bólu i napięcia, skoro biegnąca obok dziewczyna poradziła mi spróbować rozluźnić ręce, bo za chwilę czeka nas podbieg. Podziękowałem za radę i miłe słowo. Jeszcze nieco podowcipkowali jeszcze z Pawłem. Mi nie było do śmiechu. Zając wrócił do wydeptywania tempa i odskoczyliśmy od koleżanki.

O ile wcześniej podbieg nie napawał mnie obawą – teraz byłem autentycznie przerażony. Bo jak myśleć o walce z górą skoro ma się żelazną, powoli zaciskającą się klamrę po prawej stronie brzucha? W głowie jedna myśl – jakoś się dotoczyć do mety. Nie zatrzymać się! Jeszcze przed podbiegiem staciłem 15 sekund.

Podbieg pod Belweder zaczyna się zdradliwie – lekkim zbiegiem. Potem rozpoczyna się mozolna wspinaczka. Z każdym krokiem w górę sapałem mocniej. Każdy kolejny był trudniejszy od poprzedniego. Walczyłem naprawdę do ostatka sił, aż wreszcie na 300 metrów przed szczytem odpuściłem. Dałem znać Pawłowi, że odpadam. Szukałem wzrokiem jakiegoś punktu wyznaczającego koniec marszu. Znalazłem światła przed Belwederem. Miałem przed oczami bieg jaki uskuteczniałem w trakcie kryzysowego etapu debiutu w maratonie. 200m truchtu, 200m marszu. Naprawdę ciężko przebić taką ścianę. W międzyczasie nieliczni kibice zaczęli mnie dopingować do biegu zwracając się po imieniu. "Michał dasz radę!", "Michał biegnij!". Podobno umysł jest najsilniejszym mięśniem i wtedy poczułem, że jest to prawda. Podziękowałem za doping, zacząłem trucht i przybiłem im piątkę. Z szacowanego czasu 5:20 kilometra udawało się zbić go do 5:16.

Strata była przeogromna. Należało raczej martwić się o pobicie rekordu życiowego a nie o realizację planów przedstartowych. Po zobaczeniu flagi na 16km nagle coś zaskoczyło. Otworzyła się jakaś zapadka w mózgu. W jakiś niewytłumaczalny dla mnie sposób ból przeszedł. Pamiętałem jedynie o tym, żeby przyspieszyć. Nie miałem zegarka na ręce, pędziłem tak szybko jak tylko mogłem. Czasami mówi się o czymś takim jak otworzenie się ciała na wysiłek. Było już bardzo niedaleko do mety. Nie było sensu oszczędzać sił na później

Na 17km miałem jedno pytanie czy jest szybciej niż zakładane tempo. Było szybciej o 2 sekundy. Pędzę, dociskam.  Mam w głowie, że za chwilę miniemy plac trzech Krzyży. Nawet nie pytałem jaki mam czas. Próbuję mocniej sie odbijać, ale niezbyt mi to wychodzi. Omijam punkt odżywiania, przybijam kilka piątek. Paweł próbuję mnie moblizować. Zaczyna się podbieg na most. Trochę zwalniam. Zając mi ucieka.

Ja balansuję na cienkiej granicy pomiędzy kolejną kolką a szybkim biegiem. Pamiętam, że za chwilę na moście będzie znacznik na 19km. Pozostanie 2km do mety i zbieg ślimakiem w dół. Dotrwać w tym niekomforcie jeszcze parę minut. W końcu łopotająca na wietrze flaga, gęstnieje tłum kibiców. Zbiegamy. Czuć już bliskość mety. Próbuję rywalizować z innymi biegaczami. Zapału jednak starcza na kilkaset metrów. To nie będzie najlepszy z moich finiszów. Znacznik 20km, skręcamy w brukowany dobieg do miasteczka maratońskiego. Mam nadzieję, że nie wywinę orła na jednym z zakrętów. Będzie życiówka! Gdzieś na horyzoncie majaczy brama adidasa. Biorę ją za metę i przyspieszam. Niestety – to błąd. Meta jest jakieś 300 metrów dalej. Ostatnia prosta. Paweł mobilizuje mnie do szybkiego finiszu.

Wpadam na metę na pełnej szybkości. Po chwili oddechu padamy sobie w ramiona. Dziękuje za prowadzenie. Ale jaki mamy czas? Przeklikuję Garmina w poszukiwaniu odpowiedniego ekranu. 1:40:07!

Meta

Tylko 7 sekund zabrakło do realizacji celu. Z jednej strony mam lekki niedosyt. Na mecie mam jednak pewność, że dałem z siebie 100%. Nie rozdrapuję rozwiązanych sznurówek, kolki po jedzeniu. Jestem dumny, że powstałem po takim kryzysie.

Na mecie z trudem łapałem oddech, na dodatek dostałem czkawki. Za linią końca biegu panuje niezłe zamieszanie, odbieram medal, folię, nieco dalej izotonik oraz wodę. Bezkolejkowo plecak z depozytu i wracamy na dworzec się przebrać w jako takim komforcie termicznym. Robimy pamiątkową fotografię, przebieramy się w suche ubrania.

Przy zmianie obuwia okazało się, że życiówka była przypłacona krwią.

W ciasnych butach startowych pękła mi skóra przy odcisku.

Choć przy zmianie buta byłem pewien, że to paznokieć.

Już po zmianie stroju okazało się, że nadal mam przyczepiony do buta chip. Mimo chęci zdania go po biegu nie zauważyłem stanowiska do ich zdawania. Czekała mnie ponowna wizyta w miasteczku biegaczy. Założę się, że przez to wielu biegaczy dotarło do domu z chipami.

Wynik

Czas brutto: 01:42:19

Czas netto: 01:40:07

miejsce: 1843/10077 (18,3%)

miejsce netto: 1747

miejsce w kategorii M30: 765

Poprawiłem rekord życiowy sprzed 3 lat(!) o siedem minut i siedemnaście sekund. Startów na tym dystansie przez liczne urazy było niewiele, ale jestem dumny z takiego postępu.

dystans(km)czasróżnicatempo (min/km)
Międzyczasy
50:23:490:23:4904:45,8
100:47:230:23:3404:42,8
151:11:090:23:4604:45,2
201:35:220:24:1304:50,6
21,0951:40:070:04:4504:20,3

Jak widać osiągnięte czasy w pokrywają się z moimi odczuciam w takcie biegu. Nie spodziewałem się, że na ostatnim odcinku byłem w stanie tak mocno przyspieszyć.

Z każdego startu trzeba wyciągnąć wnioski na przyszłość:

  • nie pić w trakcie biegu – wygląda na to, że robiąc to łykam powietrze, które powoduje moje dolegliwości żołądkowe. Alternatywnie mogę pomyśleć o piciu za pomocą słomki bądź z bukłaka
  • testować żele wcześniej – zmieniając producenta żeli należy przetestować je w trakcie kilku biegów, nie na ostatnią chwilę.
  • zadbać o peeling stóp przed startem – kiedyś czytałem o tym u Mariusza Giżyńskiego, że stara się przed startem zmiękczyć skórę stóp i usunąć zrogowaciały naskórek. Na własnej skórze przekonałem się, że warto.
  • szurówki w butach – zastanawiam się nad inwestycją w nierozwiązujące się sznurówki do butów startowych
  • zaufać trenerowi w kwestii tempa startowego – miałem nieco wątpliwości czy po ciężkiej zimie będę w stanie biec tak szybko. Okazało się, że tempa skalkulowane były idealnie. Mimo problemów na trasie byłem o włos od osiągnięcia celu.

Podsumowanie

Na koniec kilka słów na temat imprezy. Od ostatniego startu minęły 3 lata. W tym roku osiągnęła imponującą liczbę startujących biegaczy. Ukończyło niemal 11 tysięcy osób. Na początku byłem sceptyczny co do zwiększenia liczby uczestników powyżej planowanych 9000. Muszę przyznać, że organizator dał radę obsłużyć taką ilość biegaczy.

Zaczynając od depozytów, bezkolejkowo obsługiwanych przez wolontariuszy. Poprzez ogromną ilość toalet na starcie a nawet na samej trasie. W tym aspekcie było lepiej niż w Belinie.

Krytyczne miejsce spotkania się dwóch nitek na moim poziomie wynikowym było bezproblemowe. Z relacji biegnących wolniej były podobno wpadki przy właściwej kolejności uruchamiania grup. Skutkowało to przepychaniem się na wąskim Krakowskim Przedmieściu.

Nie zaobserwowałem kolejek na punktach odżywiania, organizatorzy odpowiednio wcześniej napełniłi kubki a liczni wolontariusze podawali je do ręki. Przydałoby się jedynie wyraźne zaznaczenie strefy z wodą i strefy z izotonikiem. Jeśli chodzi o wolontariuszy to naprawdę jestem pod wrażeniem ich ilości i zaangażowania. Praca przy tak niskiej temperaturze na pewno nie należała do przyjemnych. Tym bardziej chciałbym Wam podziękować.

Wyniki na stronie internetowej nie działały w trybie na żywo. Dzwoniąc do rodziców pół godziny po zakończeniu biegu na ich ekranie widniał wynik z 10km(!).

Kulała nieco organizacja mety – było dość ciasno, nikt nie wiedział gdzie udać sie po medal, zdać chip, wziąć napój. Warto także odnotować brak pryszniców na mecie. Osoby spoza Warszawy musiały pachnieć przez całą drogę do domu.

Pakiet startowy był dość ubogi. Zawierał bawełnianą koszulkę, broszurę biegu i sponsorów, napój Powerade zero, chip i numer. Uczestnictwo w biegu kosztowało 80zł co jest kwotą przeciętną jeśli chodzi o wysokość startowego.

Bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie sponsorzy fundując każdemu biegaczowi po kilka zdjęć z trasy biegu. To naprawdę wartościowa pamiątka dla każdego biegacza.

Na plus:

  • miasteczko maratońskie
  • liczba depozytów i toalet
  • dobre, widoczne oznaczenia kilometrowe
  • organizacja punktów odżywiania
  • wolontariusze
  • zdjęcia z biegu ufundowane przez sponsorów

Na minus:

  • organizacja mety
  • transmisja wyników na stronie internetowej
  • brak pryszniców
  • brak bananów na punktach odżywiania

Czy warto było pobiec półmaraton w Warszawie? Moim zdaniem zdecydowanie tak. Za rok pewnie też tu pobiegnę.

Galeria


Komentarze facebook:

comments

to “8 Półmaraton Warszawski – relacja 21,095km”

  • Programista ABAP Says:

    Ja miałem też życiówkę z tym, że był to mój pierwszy start w półmaratonie więc… ;-)
    Jedyne co mnie zszokowało to różnicę w czasie netto/brutto. Asekuracyjnie wystartowałem z 2:10, i trwało 9 minut nim dopchałem się do startu, później było ciężko się przebijać do przodu. Nauka na przyszłość.

  • michal Says:

    Pawle, w pierwszym biegu na danym dystansie zawsze ciężko o właściwe ustawienie. Na kolejnym łatwiej jest wybrać właściwą strefę. Ja cenię biegaczy, którzy ustawiają się na właściwych miejscach. Dzięki temu na starcie biegnie się właściwym tempem a nie uskutecznia się slalom.

  • Ava Says:

    Piękna walka z samym sobą na trasie. No i to przełamanie na 16-tym :) Nasz mózg to jednak cudowne urządzenie :) Gratulacje!

  • Damian Says:

    Jak to mówią i piszą kluczem do życia jest … bieganie i czytanie :)

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.