Berlin Maraton – Marathon Afterparty

Ostatnim elementem maratońskiego święta w Berlinie było Afterparty. Zastanawiacie się pewnie po co po takim wysiłku jak maraton organizować imprezę? Większość z nas marzy wtedy jedynie o ciepłym łóżku.

Ci którzy nie mogą zasnąć i czują się na siłach przychodzą na pomaratońską imprezę. Powodów jest wiele: można w towarzystwie innych biegaczy wypić piwo, podzielić się wrażeniami z biegu. Część osób ma tyle energii, że chce jeszcze potańczyć. Głównym powodem dlaczego warto być na tej imprezie w Belinie jest obecność trójki najlepszych mężczyzn i kobiet w maratonie.

Trzeba biegać bardzo szybko maraton by być świadkiem ceremonii dekoracji zwycięzców. Dlatego organizatorzy zobowiązują kontraktowo zawodników do uczestnictwa w tym wydarzeniu. To ogromny ukłon w kierunku biegaczy amatorów – mogą nareszcie spotkać swoich idoli.

Ja zastanawiałem się do ostatniej chwili czy iść na imprezę. Byłem zmęczony i obawiałem się, że zasnę kamiennym snem. Po dwugodzinnym leżeniu z uniesionymi nogami zdecydowałem się wstać. Jeśli będę w stanie się ruszać skorzystam z tej ostatniej atrakcji. O dziwo nie było tragicznie. Ciężko wstawało się z łóżka, chodziłem w miarę normalnie (może za wyjątkiem schodzenia ze schodów). Po zjedzeniu pizzy na niedaleko hotelu ruszyłem w podróż metrem.

Tego dnia trzeba docenić niemieckich inżynierów. Schody ruchome jadące w dół na peron to cudowny wynalazek. Zalety takich urządzeń były do tej pory dla mnie niedostrzegalne (zawsze szybszą opcja wydawały się zwykłe schody).

W metrze starałem się odnaleźć innych biegaczy zmierzających na imprezę. Nie było tak tłoczno jak jeszcze kilka godzin temu. Na stacji Nollendorfplatz wysiadało dwóch mężczyzn. Zapytałem ich po angielsku czy wybierają się na pomaratońską imprezę. Jeden z nich odpowiedział, że tak. Zapytałem go czy wiedzą w którą stronę iść – nie wiedział – byli tu jak ja po raz pierwszy. Potem drugi z nich wypalił po polsku. O co on pytał? Nasi są wszędzie :) Nieco żałowali, że nie podszlifują języka ;)
O dziwo dość łatwo znaleźliśmy klub GOYA.

Wejście na teren imprezy jest darmowe na podstawie kuponu zawartego w pakiecie startowym. Praktyka pokazuje, że ochroniarze wpuszczają również na podstawie medalu z biegu. Dzięki temu można zabrać tam osobę towarzyszącą. Wstęp na teren klubu to koszt 6€.

Ta informacja była kluczowa dla moich towarzyszy(niestety wyleciały mi z głowy ich imiona). Jeden z nich zabrał ze sobą synów i dzięki temu nie musiał płacić za ich wejście.

Klub GOYA robi imponujące wrażenie. Na pierwszym poziomie znajdują się szatnie, na drugim duża scena z parkietem a powyżej dwa poziomy balkonów otaczających parkiet. Na każdym poziomie znajdował się bar.

Z rozkoszą udaliśmy się do jednego z nich by skosztować złocistego trunku. Napotkani rodacy pochodzą z Krapkowic i praktycznie co roku przyjeżdżają do Berlina na maraton. Tym razem nie startowali w biegu śniadaniowym. Chcieli po raz pierwszy zobaczyć pomaratońską imprezę.

Na dole trwała impreza, my zaś zajęliśmy miejsce przy barze. Po wymianie wrażeń i doświadczeń ja udałem się na zwiedzanie klubu. Przy jednym z balkonów poznałem Zoltana. Węgra, mieszkającego na Ibizie.

Biegł na złamanie 3:30:00, ale nie udało mu się. Trochę ze względu na formę, nieco z powodu tłoku na trasie. Stwierdził, że najbardziej zmęczoną częścią ciała jest mózg. Czuje ból w mięśniach, ale ociężałość i zmęczenie głowy jest ogromne. 4 godziny koncentracji na trzymaniu tempa to naprawdę spory wysiłek umysłowy :) Moje odczucia były bardzo podobne.

Po drugim piwie i niekończących rozmowach o bieganiu i (nie tylko) zgodnie stwierdziliśmy, że chce nam się już udać do hotelu. Gdyby nie chęć zobaczenia czołówki maratonu. Godzina 22:00 dawno minęła a ceremonii przedstawienia czołówki nie było. Wszystkie miejsca na balkonach były zajęte – więc udaliśmy się na parkiet. Było potwornie ciasno – nie sposób było przebić się na początek.

Staliśmy więc w znacznej odległości od sceny dopijając ostatnie łyki piwa. Wreszcie około 22:30 rozpoczęła się ceremonia przedstawienia czołowych zawodników maratonu. Na początek na scenie pojawili się zdobywcy 3 miejsc – Ukrainka Olena Szurno ( 02:23:32) oraz debiutujący w maratonie Kenijczyk Geoffrey Kipsang(2:06:12).

Prowadzący zamienili z nimi kilka słów i przeszli do zdobywców 2 miejsc  Etiopki Tirfi Tsegaye(02:21:19) oraz również debiutanta Kenijczyka Dennisa Kimetto(2:04:16), który w kontrowersyjnych okolicznościach, bo bez walki, przegrał o zaledwie sekundę ze swoim bardziej utytułowanym kolegą treningowym.

Po krótkiej rozmowie z tymi zawodnikami nadszedł czas na… najlepszych zawodników gospodarzy.

Znacznie lepsze miejsce, bo ósme zajęła zaledwie 22 letnia Anna Hahner, która w swoim drugim biegu na dystansie maratońskim planowała złamać granicę 2:30:00. Zabrakło jej nieco sił w końcówce dystansu i uzyskała 2:30:37. Wśród maratończyków 14 miejsce z czasem: 2:13:10 i nowym rekordem życiowym zajął 35 letni Jan Fitschen (złoty medalista Mistrzostw Europy na 10km z Goeteborga). Prowadzący wspomniał o przygodzie Jana z 5km gdy potrzeba fizjologiczna zmusiła go do postoju. Jak widać nie tylko amatorzy mają z tym problem.

W końcu na ekranie ukazał się film prezentujący najciekawsze fragmenty maratonu oraz ich zwycięzców.
 

Już podczas jego projekcji zrobiło się wokół nas niemałe zamieszanie.

Okazało się, że zwycięzcy maratonu wzorem np. walk bokserskich przejdą na scenę przechodząc przez tłum kibiców. Byli dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Udało się im zrobić zdjęcia oraz poklepać po ramieniu Geoffey'a.

Wśród kobiet tryumfowała Etiopka Eberu Kebede poprawiając swój rekord życiowy z czasem 2:20:30 sekund.

Wśród mężczyzn zwyciężył faworyt i zarazem autor najlepszego wyniku na dystansie maratońskim ((2:03:02 nie uznanego za rekord świata ze względu na nieregulaminową trasę w Bostonie) Kenijczyk Geoffrey Mutai. Tym razem nie udało pobić po raz kolejny rekordu świata ustanowionego rok temu.

Przybiegł on na mecie w czasie 2:04:15 i po kontrowersyjnym finiszu (a właściwie jego braku) zwyciężył w Berlinie. Tym samym, jak okazało się później, stał się zdobywcą 500 tysięcy dolarów za tryumf w World Marathon Majors.

Na koniec w trakcie wywiadu prezenter zapytał o to czy tak jak zgromadzeni tutaj maratończycy ma siłę zatańczyć. Odpowiedź znajdziecie na poniższym filmie.

Tuż po zakończeniu oficjalnej części większość biegaczy udała się do domów/hoteli. Część kontynuowała zabawę do późnych godzin nocnych.

Podsumowanie

Czy warto mimo zmęczenia udać się na pomaratońską imprezę? Moim zdaniem o ile nogi pozwolą i nie zaśpicie to zdecydowanie tak. To doskonała okazja do spotkania biegaczy z całego świata, zawarcia nowych znajomości, wymiany doświadczeń. Rzadko zdarza się możliwość zobaczenia na własne oczy maratończyków ze światowej czołówki.

Galeria


Komentarze facebook:

comments

to “Berlin Maraton – Marathon Afterparty”

  • Iwo Says:

    Czytałem gdzieś, że w Belgii narodowa drużyna kolarska ma nakaz picia piwa bezalkoholowego po treningu. Podobno świetnie robi na regenerację. Myślę, że jeżeli, ktoś się jeszcze nie przekonał do imprezowania po ostrym biegu, to mój komentarz był kroplą przepełniającą kielich:).
    Ja za 60 dni biegnę w półmaratonie ślężańskim i nie odpuszczę imprezy:)
    Pozdrawiam

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.