39 BMW Berlin Marathon 2012 – relacja

Nastał wreszcie dzień wielkiego święta a zarazem dzień sprawdzenia swojego ciała. Dla mnie był to dopiero drugi bieg na królewskim dystansie. Teoretycznie tego dnia ciało musi jedynie zrobić to, do czego zostało wytrenowane. Tym razem w przeciwieństwie do mojego debiutu nie umiałem na chłodno podejść do biegu. Radość mieszała się ze stresem, niepewnością.

Przed biegiem

Poprzedniego jeszcze raz dnia przekalkulowałem czas jaki będę potrzebował na dotarcie na start. Na wszelki wypadek ustawiłem 2 budziki o 30 minut wcześniej niż planowałem – na 5:30. Całą noc spałem bardzo kiepsko, czułem rosnące napięcie. Kilka razy budziłem się popijając wodę. 

Wstałem jeszcze przed budzikiem. Od razu rozpocząłem przedtreningowy rytuał kolcowania mający rozluźnić ponapinane mięśnie. Na pierwszy ogień poszły lędźwia, potem pasmo boczne, na końcu łydki. Efekty tych zabiegów były zaledwie zadowalające. Nie miałem już czasu na dodatkowe kłucie.

Punktualnie o 6:00 wstałem na śniadanie. Okazało się, że właściciel przygotowywał dla mnie wcześniejsze śniadanie na 6:30. Był zaskoczony, że zdecydowałem się na aż tak wczesną pobudkę. 

Tak naprawdę zestaw śniadaniowy miałem już przygotowany – potrzebowałem jedynie hotelowych sztućców.  Menu przedstartowe stanowiły trzy jasne bułki z dżemem popite ciepłą i słodką herbatą. 

Mimo wczorajszego bardzo dokładnego przygotowania bardzo dużo czasu zabrało mi zebranie się do wyjścia. Chciałem być pewny, że wezmę ze sobą wszystko czego potrzebuję. Stres przedstartowy czułem najbardziej w żołądku.

Nieco "na czuja" zabrałem ze sobą wodę zamiast izotonika. I tak miałem problem z przetrawieniem lekkiego śniadania. Podlewany dodatkowo izotonikiem żołądek mógłby poważnie zastrajkować.

Ulice starego miasta w niedzielę przed godziną 7:00 były praktycznie puste. Od czasu do czasu w kierunku przeciwnym(!) do najbliższej stacji metra podążał człowiek z workiem maratonu.  Wiedziałem, że niedaleko znajduje się stacja kolejki podmiejskiej, ale wypełniony grafik poprzednich dni nie pozwolił na zbadanie okolicy. Zapytałem więc spotkanych biegaczy o drogę na start – okazało się, że zamierzają skorzystać z kolejki. Mimo swojego wieku (na oko około 60 lat) spotkane małżeństwo mówiło dość dobrze po angielsku. On biegł w Berlinie już po raz 11 (ma świetną życiówkę 3:20) a jego żona po raz 9. Biegają zwykle 3 razy w tygodniu i co roku przyjeżdżają do stolicy Niemiec.

Rozmowa nieco odwróciła uwagę od stresu startowego, który rósł z każdą chwilą.  Na każdej stacji dołączały do nas tłumy biegaczy uświadamiając, że jesteśmy na właściwej drodze. Tuż po wyjściu z dworca rozstaliśmy się.

Ja z pomocą licznych stewardów dotarłem do właściwej bramy. Kolejek przy depozytach nie było, ale musiałem jeszcze udać się za potrzebą. Toalet było zdecydowanie za mało. Czas oczekiwania był bardzo długi. Naprawdę zastanawiałem się jak to możliwe, że organizatorzy nie zadbali o taki ważny szczegół. 

Było dość chłodno mimo bezchmurnego nieba i świecącego słońca. Do startu zostało 45 minut. Przebrałem się w strój startowy adidasa i opakowałem w worek foliowy jaki otrzymałem podczas targów.  To naprawdę świetny gadżet biegowy. Zamiast szukać w szafie starych ubrań, jakie jesteśmy gotowi wyrzucić, zakładamy taki worek i bez żalu wyrzucamy go w strefie startu. Na 45 minut przed startem oddałem bez trudu depozyt.

Dojście do strefy czasowej tak późno wiązało się z przeciskaniem się przez tłum biegaczy. Szło to niezwykle wolno z licznymi postojami. Żołądek nadal nie odpuszczał – więc zdecydowałem, że żel pomidorowy spożyję na 15 minut przed startem a nie na 5km jak to było planowane. Bałem się, że jeśli zjem go w trakcie biegu skończyć to się może spotkaniem z pawiem. Po drodze zaliczyłem jeszcze jedną wizytę "na stronie". Na pewno jestem dobrze nawodniony.

Okazało się, że te wolne tempo przeciskania się tłumu było spowodowane sprawdzaniem zawodników przed wejściem do strefy. Do godziny 9:00 pozostało 15 minut spożyłem więc pierwszy żel. Zgodnie z zapewnieniami producenta nie był słodki. Przypominał w konsystencji i smaku bardziej przecier pomidorowy.

W końcu na jakieś 12 minut przed startem dotarłem do swojej strefy. Ustawiłem się przed balonikiem na 4:00:00

Na rozgrzewkę nie zostało mi zbyt wiele czasu, ale nie musi być ona tak intensywna jak podczas krótszych biegów. Przetruchtałem niecały kilometr, porozciągałem mięśnie pośladkowe i łydki.

Widok ze strefy startowej (ulicy 17 czerwca) był imponujący)długa prosta wraz z licznymi osłaniającymi od słońca drzewami. A na niej tysiące biegaczy. Jakieś 1000m przed nami widać było zarys bramy startowej.

W słuchawkach – dudniły słowa z piosenki Eminema (nota bene ma idealny rytm do biegania 90 bpm).

Look, if you had, one shot, or one opportunity
To seize everything you ever wanted, one moment
Would you capture it? Or just let it slip?

W głowie kłębiły się myśli: Może to mój jedyny start w Belinie? Trzeba wykorzystać tą niespodziewaną szansę pobiegnięcia w jednym z największych maratonów świata!

He's nervous, but on the surface he looks calm and ready

Na zdjęciach wykonanych tuż przed startem na twarzy widać uśmiech.

Jednak mi nie było wesoło. Z moim ciałem działo się coś dziwnego. Nigdy wcześniej przed biegiem mój żołądek nie był tak ściśnięty.

Stres w czystej formie znany jedynie z trudnych egzaminów.

Success is my only mothaf****n' option, failure's not

Muszę wierzyć w sukces. Bez tego moje treningi biegowe, wizyty u rehabilitantów, lekarzy nie mają sensu. Nie poddać się zwątpieniu, nie pozwolić stresowi mną sterować.

Całe szczęście, że czasu do startu pozostało bardzo niewiele. Wyłączyłem muzykę. Chciałem przeżyć ten maraton: słyszeć oprawę, doping kibiców. W razie kryzysu miałem ją włączyć.

Przez licznie głośniki przedstawiono nam zawodników czołówki i rozpoczęło się finałowe odliczanie. Marzę, żeby na jakieś imprezie biegowej w Polsce ktoś pomyślał o tym wbrew pozoru istotnym dla biegaczy szczególe jak nagłośnienie. Po chwili słychać było syrenę startową w powietrze pofrunęły niezliczone baloniki a my cierpliwie czekaliśmy na start wraz z trzecią falą

Po chwili natura po raz drugi dała znać o sobie. Za późno stawiłem się na start i nie zdążyłem wyregulować nawodnienia. W okolicy mnóstwo kibiców, odgrodzone strefy startowe…  Wyglądało na to, że przyjdzie mi kilka kilometrów przebiec z pełnym pęcherzem. Po chwili zaczęliśmy podchodzić do linii startu. Wyobraźcie sobie moją radość gdy zobaczyłem toalety dostępne bez kolejki :)

Po chwili na stronie znajdowałem się już za balonikami na 4h. Pomyślałem, że całkiem dobrym punktem odniesienia będzie ten pacemaker. Praktycznie do połowy dystansu moje tempo powinno być zbliżone. Gdybym zaczął go wyprzedzać oznaczałoby to jednoznacznie zbyt szybkie tempo. Stres nie ustępował a nawet śmiem twierdzić, że paraliżował mnie coraz bardziej. Jeszcze tylko zrzucić folię i pozostać w cienkim i przewiewnym stroju startowym adiZero.

Brama startu powoli zbliżała się. W głowie przypominałem sobie plan na bieg.  Teraz nastała chwila mojego egzaminu. Ruszam na trasę maratonu w Berlinie.

39_berlin_marathon_course_2012_0

Start

Wreszcie – koniec oczekiwania. Muszę słuchać swojego zbuntowanego ciała, zaufać trenerowi. Teraz organizm ma wykonać to do czego było trenowany.

Po przekroczeniu linii startu widzę trybuny wokół trasy wypełnione kibicami.  Tak samo gęsto jest wokół trasy. Słyszałem wiele na temat berlińskich kibiców ich ilości i dopingu. To co zobaczyłem nie mieściło się w mojej głowie. Niezapomniane uczucie…Teraz nie można się dać ponieść emocjom. Cel jest jasny – zacząć od 5:38/km. Nawet gdybym chciał ruszyć mocniej – nie mógłbym przez tłumy biegaczy na trasie… 

Starałem się trzymać niebieskiej linii jako optymalnej trasy biegu. Już pierwsze rondo pokazało, że na moim poziomie wynikowym  przez tłumy biegaczy nie będzie to wręcz możliwe. Pierwsze chwile to szukanie swojego miejsca w szeregu i bieganie z nosem w zegarku.

Na horyzoncie łopotał balonik na 4h,  Pierwszy km o sekundę za wolno. Nieco przyspieszyłem wyprzedzając sporo osób. Znaleźć swój rytm – to mój priorytet. Chyba się udało bo kolejny już jak w zegarku na czas. 

Nieco przed 3km trasa zwężała się i następował pierwszy nawrót, Zrobiło się potwornie ciasno i właściwie przeszliśmy do truchtu. Dodatkowo z nadmiaru emocji zapomniałem sprawdzić przed startem sznurówek. Czekał więc mnie postój (na szczęście jedyny z tego błahego powodu). Odbiło się to natychmiast na średnim tempie – 5:52/km. Byłem wściekły – moja szansa na osiągnięcie założonych celów umykała..

Biegnący w oddali zając na wydawał się dość sprawnie przeciskać przez tłumy maruderów. Mój cel był więc widoczny. Poza tym trzymanie się do półmetka tempa grupy na 4h nie wykluczało realizacji mojego celu. Straty udało się odrobić z nawiązką już na następnym kilometrze.

Niestety złośliwa natura ponownie zaczęła dopominać się o postój. W międzyczasie na 5km dość sprawnie schwyciłem w biegu wodę i po krótkim truchcie na jej wypicie pobiegłem dalej. Na końcu punktów odżywczych były toalety – niestety stały tam kilkuosobowe kolejki. Uznałem więc, że lepiej czekać na dogodne miejsce pod chmurką.

Dolegliwości żołądkowe w trakcie biegu praktycznie ustąpiły. Mogłem spokojnie pokonywać kolejne metry trasy w poszukiwaniu ustronnego miejsca. Nie było to łatwe, bo zewsząd otaczał nas szpaler kibiców. W końcu wypatrzyłem biegacza załatwiającego potrzebę w niewielkim parku i radośnie do niego dołączyłem.

Dość szybko nadrobiłem utracony dystans do grupy na 4h. Starałem się kontrolować tempo, ale było to potwornie trudne. Jeśli biegłem za zającem było ono zbyt szybkie. Jeśli próbowałem biec swoim tempem – nie dawałem rady tak sprytnie przeciskać się w tłumie.

W okolicach 7km tuż za budynkami Bundestagu organizatorzy maratonu po raz kolejny pozytywnie mnie zaskoczyli. Wolontariusz za pomocą chorągiewek sygnalizował obecność wysepki pomiędzy pasami ulicy. Biegnąc w tłumie naprawdę łatwo o taki błąd mogący skończyć się kontuzją .

Tuż za 8km optymalna część trasy była poprowadzona wzdłuż torów tramwajowych. Był to jedyny charakterystyczny punkt jaki zapamiętałem z ubiegłorocznej edycji oglądanej w telewizji.

Na 9km pierwszy raz skosztowałem izotonika. Na sto procent nie jestem pewny, ale moim zdaniem nie był cytrynowy jak zapowiadano a pomarańczowy. Osoby o wrażliwym żołądku na nowości mogły czuć się niemile zaskoczone.

Pierwsze punkty (chyba do 15km) zorganizowane były po obu stronach trasy. To pozwoliło na sprawną obsługę tysięcy biegaczy. Dużym zaskoczeniem był sposób przygotowywania napojów izotonicznych, do których wykorzystywano wodę z hydrantów(!). Oczywiście woda podawana na punktach też była nieprzegotowana :)

Po 9km szybko udało mi się nadrobić drobną stratę do zająca. Po długiej chwili wspólnego biegu sprawdziłem w jakim tempie wspólnie biegniemy. Rogaty pacemaker z balonikiem na 4 godziny pędził do mety w tempie 5:16/km. Odpuściłem pędzącego zajączka zastanawiając się czy nie chce dotrzeć tam na czas netto…

Zostałem więc pozbawiony tej pomocy, której wyraźnie potrzebowałem. Mając w głowie taktykę starałem się zaufać mojemu ciału i uważnie go słuchać. Brzmi to może dziwnie, jak facet biegnący maraton – wysiłek dla wielu zbyt trudny chce słuchać swojego organizmu? Przecież wiadomo, że będzie bolało…  A jednak można.

Balonik powoli się oddalał a ja starałem się biec z Garminem. Mimo rozciągnięcia się stawki biegaczy nadal było ciasno. Jeden kilometr wychodził poniżej zakładanego tempa inny za szybko. Nieco żałowałem, że do tej roboty nie zaprzągłem Garmina. Niestety pobranie oprogramowania przez hotelowe łącze było niemożliwe.

10km pokonałem mając na zegarku 57 minuty i 35 sekund. Ta część dystansu była poprowadzona po dość otwartym terenie. Pozbawieni osłony wysokich budynków zostaliśmy wystawieni na działanie słońca . Było jeszcze dość rześko, ale bezchmurne niebo zwiastowało ciepłą końcówkę biegu.

W trakcie maratonu w Belinie adidas promował się poprzez koncepcję 5 faz biegu maratońskiego. Na 3km – Excitement, na 12km Flow, na 22km , Pain na 38km oraz Celebration na 42km. Zdjęcia poszczególnych scen możecie znaleźć pod tym linkiem. Pierwszy z nich zobaczyłem dopiero na 12km gdy tuż przed punktem odżywiania usłyszeliśmy głośny rytm klubowej muzyki z rozstawionej sceny. Flow oznajmiał gigantyczny napis. Faktycznie czułem się nieźle. Miałem wrażenie, że wpadłem we właściwy rytm biegu. Jak to wyglądało – możecie zobaczyć na załączonym filmie…

Na trasie po raz pierwszy pojawiły się kurtyny wodne – jednak na tym etapie niewiele osób z nich skorzystało. 

Robiło się coraz cieplej – więc schłodzenie było wskazane. W pakiecie startowym każdy zawodnik otrzymuje gąbkę. Ja nie zabrałem jej ze sobą. Wolałem w inny sposób chłodzić ciało. Zanurzałem w wannach czapkę. Ten rytuał kontynuowałem na każdym punkcie.

Ból żołądka ustąpił całkowicie – z czystym sumieniem sięgnąłem po pierwszy zaplanowany żel. Udało się go szybko otworzyć i równie sprawnie zjeść popijając wodą serwowaną przez organizatorów. W trakcie posiłku wyrzuciło mnie mocno poza optymalną ścieżkę biegu,  czego efektem było jedno z niewielu zdjęć z biegu.

Stopniowo moja głowa odpływała w dziwny stan koncentracji wyłącznie na celu. Chciałem jak najmniejszym wysiłkiem utrzymać założone tempo do połowy dystansu. Potem czekało mnie przyspieszanie, które w trakcie debiutu zakończyło się spektakularnym zderzeniem ze ścianą.  Od tego momentu moje wspomnienia się nieco zamazane.

Kolejne kilometry mijały na pilnowaniu tempa. Udawało się w miarę równo przebiegać w okolicach 5:35/km. Czułem się naprawdę nieźle. Na trasie udawało się spotkać kibiców z biało-czerwonymi flagami. Jako, że nie biegłem w narodowych barwach nie wzbudzałem ich zainteresowania. Przebiegając obok nich krzyczałem: "Polska!". Wtedy oni odwdzięczali się dopingiem. Następnym razem postaram się zadbać przy zagranicznych występach o narodowe barwy.

Najbardziej widoczną nacją, oprócz gospodarzy, byli o dziwo Duńczycy. Widziałem wielu biegnących w czerwonych koszulkach z napisem Denmark oraz jeszcze większą liczbę kibiców. Naprawdę byłem pod wrażeniem ich organizacji i dopingu dla rodaków. 

W okolicach 18km na wysokości Kościoła poczułem dziwnie znajomy ból łydki. Czyżby moje bieganie miało się sprowadzić do walki nie z czasem, ale z własnym ciałem? Na razie był to lekki dyskomfort, jednak w każdej chwili mogło przekształcić się w coś poważniejszego.

Na 20km mieliśmy kolejny punkt odżywiania. Każdy z nich był dość dobrze oznaczony, ale widoczność z tłumu biegaczy była ograniczona. Jedynym pewnym znakiem była woda płynąca po jezdni oraz szeleszczące pod nogami kubki. O ile woda, izotonik czy kubeczki nie powodowały znaczącego ślizgania się butów to podawane na punktach banany już tak. Przez dobre kilkaset metrów noga się przesuwała po kilka centymetrów w przód i w tył.  Po głowie chodziły mi myśli czy ten dziwny bieg nie spowoduje jakiegoś urazu. 

Po chwili wbiegliśmy w tunel prowadzący pod torami stacji Yorckstraße. Widok był niezapomniany – po obu stronach ulicy nieprzebrane tłumy kibiców, wręcz nie mieszczące się na okolicznych chodnikach. Do tego świetna akustyka tego miejsca połączona z żywiołowym dopingiem. Czułem się jak zawodnik z czołówki a nie biegacz z anonimowego tłumu. Przybiłem wiele piątek dzieciom wzdłuż tego fragmentu trasy a nogi naprawdę same zaczęły się kręcić. W tamtej chwili zapomniałem o rosnącym bólu łydki i pojawiającym się zmęczeniu. Płynąłem i wiedziałem, że mam siłę by podkręcić za chwile tempo.

Widząc ogromną bramę na na 21km rozglądałem się za znakiem oznaczającym półmetek. Chciałem jak najszybciej poznać mój międzyczas. Czy mój bieg do tej pory daje mi szanse na realizacje założonych celów? Moje tempo nie było idealnie równe, pierwsze kilkaset metrów każdego kilometra biegłem na zegarek, resztę na wyczucie. Wiem, że nieco wolniej wykonywałem przerwy żywieniowe. Te 100m były jak wieczność…

W końcu półmetek! Mam 2:01:26! Idealny niedoczas na złamanie 4h. Miałem wątpliwości co do celu optimum… Jasne było, że nie uda mi się zmieścić poniżej czterech godzin o ile nie przyspieszę. Mimo obaw co do łydki sytuacja była pod kontrolą. Pozostało podkręcić lekko tempo i być gotowym na ściganie od 30km.

Po chwili punkt odżywiania ostudził moje zapędy. Było tak ciasno, że nie było sposobu na zrobienia go w biegu. Koordynacja jedzenia, popijania i wymijania biegaczy była wręcz niemożliwa do realizacji. Wzmocniony pomidorowym żelem  - ruszyłem. Miałem jednak w głowie, że opóźnienie będzie ciężko nadrobić.

Od półmetka miałem wrażenie, że muszę wyprzedzać coraz większą ilość biegaczy. Przez to tempo nie było rewelacyjne – notowałem  opóźnienia względem planu. Mimo to humor mi dopisywał. Gdzieś w głowie krążyły mi słowa Grześka, że ten maraton jest po to, żeby móc go przeżyć i cieszyć się biegiem. Na wynik można pobiec każdy inny. 

Nierozłączną częścią maratonu w Berlinie jest muzyka. W tym roku na trasie było rozstawionych ponad 80 zespołów. Ich przekrój był ogromny od metalu, punk rocka, poprzez pop, muzykę klasyczną, skończywszy na grupach bębniarzy. Niektórzy berlińczycy mieszkający wzdłuż trasy spontanicznie ustawiali na balkonach sprzęt grający i puszczali na cały regulator ulubioną muzykę.  Mi najbardziej w pamięci wrył się występ grupy Groove z 24km biegu. Bębny ustawione pod wiaduktem autostrady w pobliżu Innsbrucker Platz dawały ogromne echo a rytm zachęcał biegaczy do wspólnej zabawy. Zobaczcie jak to wyglądało:

Po chwili minąłem znacznik na 25km. Mimo tego, że powinienem być już zmęczony, ja czułem się z każdym kilometrem lepiej. Nie przerażała mnie wizja przyspieszania za 5km. Mentalnie i fizycznie byłem gotowy.

Na 27,5km czekała na nas strefa PowerZone. Sponsor maratonu firma Powerbar przygotowała dla każdego maratończyka żel. Ja całe moje zapasy żywieniowe nosiłem ze sobą. Na ten kilometr miałem zaplanowany żel z kofeiną by nieco pobudzić organizm do wysiłku. Ku mojemu zaskoczeniu udało się w biegu otrzymać właściwy smak żelu. Moje zdumienie było jeszcze większe gdy okazało się, że nie jest przygotowana woda do ich popicia. Jeszcze bardziej zaskakiwał fakt, że większość maratończyków spożywała je bez popicia! Zalepienie klejącym żelem w momencie gdy organizm jest już odwodniony to szaleństwo.

Biegłem z żelem w ręku po lepkiej od jego resztek ulicy. Nie mogłem zrozumieć jak to się stało, że pominięto kolejny, ważny szczegół. A może to ja pomyliłem coś czytając informacje organizatorów?

Z pomocą pospieszyli gościnni Berlińczycy. Już wcześniej widziałem wynoszone przez nich owoce, napoje. Tym razem skorzystałem z oferowanej wody. Dzięki temu organizm szybciej otrzymał porcję cukru i kofeiny. Pobudzenie było nieznaczne.  Z założonego od 28km  lekkiego przyspieszenia do 5:28/km zrobiła się lekka strata…

Zacząłem szybciej przebierać nogami i wypatrywać kolejnego punktu odżywiania na 30km. Zmęczenie powoli narastało, ale byłem w stanie biec jeszcze szybciej. W końcu jest! Szybki łyk wody, zwilżenie czapki i ruszamy. Znane z końcówek długich wybiegań i przeklinane tempo 5:22./km. Podczas treningów był to niewyobrażalny wysiłek, który po 6km biegu wręcz odbierał zdolności chodzenia. W trakcie maratonu był jedynie zauważalnym dociśnięciem gazu. Ciało bez żadnego oporu przyjęło to powolne dokręcanie śruby.

Od tej zmiany tempa stałem się najszybszym biegaczem w okolicy. Zacząłem ze zdumiewającą łatwością wyprzedzać swoich rywali. Po chwili na jezdni pojawiły się pasy z logiem maratonu w Berlinie. Na dwóch  wysokich dźwigach umieszczono fotoreporterów uwieczniających tą chwilę. Na jednej z linii uśmiechałem się do nieba, na drugiej już skupiłem się na biegu. Oczywiście fotka została zrobiona w tym drugim miejscu :)

Po chwili pojawiła się tabliczka z magiczną liczbą 31km. Podczas debiutu tu zaciął się mój maraton. Przechodziłem wtedy do truchtu, marszu i tak praktycznie do mety. Tym razem było zupełnie inaczej. Nieco dalej stał saksofonista i grał hit Jamesa Browna – " I feel good!". Jako jedyny z okolicznych biegaczy wykrzyczałem słowa piosenki. Czułem się nadzwyczaj dobrze wkraczając w nieznane rejony biegu maratońskiego. 

O czym myślałem na tym etapie biegu? Utrzymać założone tempo, nie zwolnić, nie przyspieszyć. Jeśli dobrze zaplanowaliśmy i zrealizowaliśmy plan to wyzwaniem nie jest walka z mięśniami. Najtrudniejszym elementem było utrzymanie koncentracji. Miks bodźców jaki odczuwałem był przedziwny:

  • euforia: "Biegnę! A jeszcze rok temu teraz maszerowałem.",
  • duma: "Wyprzedzam innych biegaczy! Jestem niezwykle mocny!",  
  • obawa "Nie ciesz się! Pytanie nie brzmi czy tylko kiedy dopadnie Cię ściana…"
  • strach "Na pewno za chwilę prawa łydka odmówi posłuszeństwa. Pamiętasz jak Cię bolała w trakcie wybiegań?"
  • wiara " Jeszcze kilka kilometrów, dasz radę!"

Widziałem znaki oznaczające kolejne kilometry, ale nie umiałem przeliczyć czy dobiegnę w założonym czasie do mety. Po prostu bardzo się starałem biec szybko. Ze zdziwieniem patrzyłem na biegaczy przechodzących do truchtu. Jakoś w tym stanie umysłu mój mózg nie był w stanie współczuć. Przecież zaczyna się właściwa część zabawy a oni rezygnują z biegu.

Na 34km sponsor biegu Erdinger przygotował strefę motywacji. Każdy z uczestników maratonu mógł poprosić swoich kibiców o wpisanie za pomocą specjalnej strony wiadomości. Na podstawie chipa przymocowanego do buta system miał rozpoznawać zawodnika i wyświetlać ją informację na gigantycznym ekranie. Biegłem cały kilometr myśląc tylko o tym co brat i trener mi napisali.

Na miejscu okazało się, że po przebiegnięciu przez matę nie wyświetlono wiadomości :( Mechanizm działania był zaprogramowany w dziwny sposób. Wiadomość pokazywała się u dołu ekranu i wędrowała co około sekundę w górę. Myślę, że w ciągu sekundy przez rozstawione maty przebiegało kilkanaście/kilkadziesiąt osób. Byłem wielce rozczarowany tym faktem (zapewne jak tysiące biegaczy za mną).

Nie było czasu na rozpamiętywanie – czekał mnie ostatni posiłek przed metą :) Zmoczenie czapki, chwycenie z saszetki żelu oraz napoju..Błyskawicznie spożyłem żel z kofeiną.  Nie wiem czy to zasługa wprawy, czy też zrobiło się luźniej na punktach odżywczych.

Kolejny etap dociskania tempa 5:15/km. Napisanie tego w taktyce na bieg było bolesne realizacja nie aż tak bardzo. Udawało się wskoczyć na założoną prędkość. Niestety utrzymanie koncentracji przez cały czas było ponad siły. Te niecałe dwa kilometry do ostatniego planowanego wodopoju praktycznie zlały się w jedność. Z tego transu wyrywał jedynie dźwięk Garmina oznajmiający, że poprzedni km przebiegłem o kilka sekund za wolno.

Ostatni punkt odżywiania też starałem się zrobić jak najszybciej. Przez głowę przemknęła myśl czy aby na pewno wystarczy mi płynów do końca ponad 6km odcinka. Jedna część mnie mówiła, że to mało – każdy trening był dłuższy, druga zaś czuła zmęczenie ciała i umysłu. 

Teraz miałem wycisnąć z siebie ostatnie soki. Cel był jasny 5:10/km. Odczucie jakie temu towarzyszą przypominało to deptanie po gazie małolitrażowego silnika na wysokim biegu. Niby pedał jest już w podłodze a efektów w postaci przyspieszania za bardzo nie widać. Jedyne co dodaje psychicznie skrzydeł to wyprzedzanie innych biegaczy. Próbowałem zerkać częściej na zegarek by wyrównywać tempo, ale jakoś nie wychodziło…

Na 37km znalazłem nowy motywator do przebierania nogami. Na horyzoncie, tuż przed lekkim podbiegiem ukazał się znajomy widok. Rogaty zając biegnący z balonikiem na 4 godziny. Czyli jednak biegł na czas brutto. Z jednej strony żałowałem opuszczenia na 9km, z drugiej niewielka liczebność grupy mogła być związana z szarpnięciami tempa. Wyrosły mi skrzydła i wyprzedziłem go na odcinku kilkuset metrów. Na chwilę opuściło mnie zmęczenie, liczyło się jedynie by z jak najlepszym czasem dotrzeć do mety. 

Tabliczki z kolejnymi kilometrami oznajmiały zbliżanie się do mety. Ja byłem w stanie euforii. Biegłem jak najszybciej mogłem, nie umiałem dokładnie określić na jakim kilometrze jestem ani jaki czas mogę jeszcze wykręcić. Od czasu do czasu docierały do mnie impulsy z zewnątrz tak jak nieco przyciasny już prawy but zwiastujący jakieś otarcie. Od gdzieś 39km poczułem, że nic złego nie może mi się stać. Na pewno dobiegnę!

Chcę przebierać nogami szybciej, ale są sztywne. Nie reagują na polecenia z zewnątrz. Pędzą ile mają sił. Omijam punkt napajania na 40km – jest potwornie ślisko. Chcę biec szybciej! Męczę się potwornie, ale chcę sięgnąć po ostatnie rezerwy. Szybciej! Gdzie jest  ta cholerna Brama Brandenburska? To aż tak daleko?

Na 41km przepiękny widok ostatniej fazy biegu maratońskiego(celebration) adidasa. Złote folie rozsypane na asfalcie mienią się w słońcu. Ja zamiast świętować biorę zakręt – na horyzoncie majaczy kształt jakiejś bramy. To już chyba ostatnia prosta. Wreszcie nie mam oporów by wykrzesać z siebie resztki sił. Zewsząd nieprzebrany tłum kibiców, głośny hałas dopingu. 

Jestem rozdarty – z jednej strony chce się uchwycić tą chwilę by trwała jak najdłużej. Chce się zapamiętać na zawsze zwycięstwo nad sobą i kruchością ciała. Z drugiej strony jestem na skraju wyczerpania i chcę po prostu znaleźć się na mecie.

W końcu za bramą sponsora ukazuje się upragniony widok – to ten wyczekiwany przez maratończyków symbol Berlina. Biegnę i chcę dobiec do samej linii mety. Nieomal wpadam na fotografa.

Część osób przechodzi do marszu a to przecież jeszcze nie meta. Walczę do ostatnich metrów przeciskając się przez zawodników. Podnoszę ręce do góry i z okrzykiem na ustach wpadam na metę.

Jestem wyczerpany do cna. Ciężko przejść te kilkanaście kroków dzielących mnie od kolejki osób kierujących się do miasteczka maratońskiego. Łapię z trudem oddech, usta są wyschnięte na wiór. Wiele bym dał za łyk wody. 

W głowie mam mętlik uczuć. Na Garminie widnieje czas 3:58:59 – złamałem czwórkę! Jestem z siebie zarówno dumny jak i lekko niezadowolony. Miało być bliżej 3:55:00. Uwzględniając krótki okres przygotowania , problemy zdrowotne i tłok na trasie to raczej sukces. Mogę śmiało wreszcie powiedzieć – przebiegłem maraton!!!

Z drugiej strony coś się skończyło. Zarówno trudne przygotowania jak i jeden z największych maratonów na świecie. Czuję pustkę, którą ciężko będzie wypełnić. Czy kiedykolwiek tu wrócę jako maratończyk? Jak zachować te wspomnienia w swojej głowie?

Ogarnia mnie ogromne wzruszenie, gdzieś w oku kręci się łezka… To naprawdę niezwykła chwila gdy spełniają się marzenia i jest się dumnym z samego siebie. Czy jestem zadowolony z biegu? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć praktycznie do końca dnia.

Oczekiwanie na wyjście jest męczarnią. Ile można czekać? W końcu docieramy do medali. Ku mojemu zaskoczeniu obsługa preferowała podawanie ich do ręki a nie zawieszanie na szyi. Udałem, że nie mam siły podnieść rąk. Medal tak jak chciałem ląduje na mojej szyi. 

Kolejka powoli się rozluźnia, dostajemy foliowe płachty od adidasa. Mimo dość ciepłej aury przepocone, lekkie ubranie nie zapewnia komfortu termicznego. Pojawiają się fotografowie. Można zapozować ze swoją zdobyczą :)

Izotonik smakował niesamowicie dobrze, choć na zdjęciu mina mówi co innego :)

Dostałem sms od trenera: "Gratuluję wykonania planu minimum!". Nie wywołał on uśmiechu na twarzy, bo przypominał, że poprzeczka była zawieszona nieco wyżej. Na dodatek przyszedł on w chwili gdy czułem, że dałem z siebie praktycznie wszystko 

Szybsi biegacze wędrowali po strefie z kufelkami piwa. Mi ślinka ciekła na jego widok. Zanim zacząłem się przeciskać dalej lekko porozciągałem mięśnie. Łydki – mój najsłabszy element – zwykle twarde jak kamień po mocnych treningach tym razem były miękkie i plastyczne. Naprawdę różnica po biegu w kompresji była ogromna. Najbardziej bolały mięśnie czworogłowe.

Po chwili wędrówki otrzymałem zestaw jedzenia i ustawiłem się w kolejce po piwo. Smakowało wybornie, co widać na zdjęciach :)

Bez problemu odebrałem swoje rzeczy z depozytu. Przebrałem się w suche ubranie, ale nie miałem ochoty na czekanie w kolejce do prysznica. Dużym wyzwaniem było pozbycie się chipu przyczepionego do sznurówek buta. Naprawdę schylenie się do nogi to potwornie karkołomna czynność. Jest jednak pewien postęp – w debiucie nie byłem w stanie tego zrobić. Po wyjściu z terenu miasteczka  zorientowałem się, że zapomniałem o usłudze grawerowania medalu wynikiem i odebraniu dyplomu uczestnictwa. Czekała mnie droga na metę by stworzyć unikalny medal. 

Sam punkt usługowy był dość trudny do zlokalizowania, ale udało się z pomocą innych biegaczy. Procedura była również nieoczywista. Na początek należało zdobyć certyfikat drukowany na podstawie numeru startowego.  Potem stanąć w innej kolejce, pokazać certyfikat, wnieść opłatę (lub okazać kupon przyczepiony do numeru startowego jeśli ta usługa była w pakiecie) oraz oczywiście przekazać medal. Samo grawerowanie zajmowało około 15 minut. Odbiór udekorowanego medalu następował w innym stanowisku. Osoby próbowały wyczytywać nazwiska osób, których medale są gotowe. Bardziej egzotyczne dla Niemców nazwiska były śmiesznie przekręcane. Moje też do łatwych w końcu nie należy.

Wynik

Statystyki mojego biegu wyglądają następująco:

Miejsce: 14338 / 34350 (41,7%)

Miejsce w kategorii wiekowej M30 1891

Czas netto: 03:58:58

Czas brutto: 04:11:47

W tym biegu poprawiłem swój rekord życiowy o 10 minut i 48 sekundObiektywnie patrząc, jak wspomniał Grzesiek, zrealizowałem plan minimum. Przyczyn nie uzyskania wymarzonego rezultatu jest kilka:

  • duża liczba biegaczy na trasie utrudniająca bieganie własnym tempem, po optymalnej trasie biegu
  • zbyt wolno realizowane punkty odżywcze (również przez tłok)
  • niezbyt dokładna kontrola tempa biegu ( część kilometrów biegłem zbyt wolno)
  • problem z uzyskaniem odpowiednio wysokiego tempa biegu w końcówce dystansu.

Zadowolony jestem z tego, że pobiłem rekord życiowy oraz z przyspieszenia w drugiej części dystansu. Zabrakło dyscypliny jeśli chodzi o tempo biegu i sprawności w odżywianiu.

Z analizy międzyczasów wynika, że najgorszym odcinkiem między półmetkiem a 25km. Straciłem tam około 30 – 40sekund. Potem konsekwentnie przyspieszałem, jednak nie wystarczająco by myśleć o wykonaniu celu optimum. Moje międzyczasy – poniżej:

Dystansgodzinaczasróżnicamin/kmkm/h
5 km09:41:2700:28:3828:3805:4410.48
10 km10:10:2400:57:3528:5705:4810.36
15 km10:39:1201:26:2328:4805:4610.42
20 km11:08:0801:55:1928:5605:4810.37
21,095km11:14:1402:01:2506:0605:3410.80
25 km11:37:0402:24:1522:5005:5210.25
30 km12:05:2602:52:3628:2105:4110.58
35 km12:33:1603:20:2727:5105:3510.78
40 km13:00:0803:47:1926:5205:2311.16
42,195km13:11:4703:58:5811:3905:1911.30

Podsumowanie

Maraton w Berlinie to świetnie zorganizowana impreza na światowym poziomie. Czuć, że jest to święto biegania zarówno dla biegaczy jak i licznie zgromadzonych kibiców. Naprawdę nie sposób wyliczyć wszystkich zalet tej imprezy mimo to spróbuję

  • szybka, szeroka i płaska trasa
  • żywiołowy doping kibiców
  • bardzo sprawna, wręcz wzorowa organizacja mimo dużej ilości startujących
  • liczne atrakcje na trasie:(koncerty zespołów, akcja faz biegu maratońskiego)
  • bogaty pakiet usług dodatkowych (koszulki, masaże, grawerowanie medali) 

Jak na każdej imprezie można przyczepić się do kilku szczegółów:

  • zbyt mała ilość toalet w miasteczku maratońskim
  • punkty odżywiania przy takiej imprezie powinny być po obu stronach trasy od początku do końca biegu
  • brak wody w strefie PowerZone

Czy maraton w Berlinie jest idealny do wyśrubowania rekordu życiowego? Moim zdaniem nie do końca – tłok na trasie powoduje, że utrzymanie własnego tempa i optymalnej trasy biegu jest bardzo trudne. 

Maraton w Berlinie dostarcza ogromnej ilości wrażeń. Na każdym kilometrze czujesz się wyjątkowo. Na całej trasie dopingują Cię tysiące kibiców tworząc niekończący się ludzki szpaler. Taka atmosfera uskrzydla i mobilizuje do zwycięstwa z własnymi słabościami. Polecam start w Belinie, żeby poczuć tą wyjątkową atmosferę największego maratonu na świecie.

Podziękowania

Start w maratonie nie mógłby się odbyć bez zaproszenia ze strony adidas Polska. Wielkie dzięki za to wyróżnienie oraz za wyposażenie w strój startowy (w tym przewygodne Adidas Adizero Boston 3) :)

Oprócz tego chciałbym podziękować żonie i rodzinie za wyrozumiałość oraz pomoc w wygospodarowaniu czasu na treningi. Grześkowi za trudny i efektywny plan treningowy oraz niezmąconą wiarę w mój sukces. Ludziom z Fizjoperfekt oraz Krzyśkowi z Actimedica za sukcesywne naprawianie umęczonego bieganiem ciała. 

Galeria


Komentarze facebook:

comments

to “39 BMW Berlin Marathon 2012 – relacja”

  • hankaskakanka Says:

    Fajna relacja, a już szczególnie podobał mi się opis miksu bodźców oraz rozterki z finiszu – „chwilo, trwaj!” przemieszane z „gdzie ta meta???”. Brawo!

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.