XXIX Bieg Chomiczówki – 15km relacja

Do biegu Chomiczówki przystąpiłem będąc w rytmie treningowym. Byłem nieco obolały i zmęczony. Jako, że udałem się do rodziców była to okazja aby spotkać się  z bratem i kumplami. Spędziliśmy czas na sportowo grając w koszykówkę. Starałem się potraktować rywalizację bardzo rekreacyjnie, jako element rozruchu przedstartowego. Mimo niewielkiego wysiłku czułem się zmęczony i miałem ochotę odpuścić start. W planie jednak był trening 13km w tempie półmaratonu + 9 sekund/km.  Stwierdziłem, że lepiej jest pobiec w zawodach niż usiłować w samotności utrzymać tempo a te dwa dodatkowe kilometry dociągnę siłą woli. Tym bardziej, że utrzymanie planowanego tempa gwarantowało życiówkę na tym dystansie.

Po rannej pobudce i 120km podróży udałem się do biura zawodów po odbiór numerów startowych. W biurze panował tłok, ale większość biegaczy przebierała się lub przyczepiała numery do koszulek. Sam odbiór był więc błyskawiczny. W pakiecie startowym było to co niezbędne: numer z chipem, agrafki. Spotkałem Janga i zamieniliśmy kilka słów. Miał ambitniejsze od moich plany wynikowe więc nie było mowy o wspólnym biegu.

Po przebraniu w gmachu szkoły oraz pozostawieniu torby w depozycie zabrałem zamówiony przez Piotrka plecaka biegowego i udałem się w okolice linii startu, żeby rozgrzać mięśnie. Było chłodno około -2 stopnie. W nocy padał śnieg, ale powoli rozpuszczał się w zetknięciu z solą. Wybór membranowych Columbii Ravenous Trial Omni-Tech wydawał się trafiony.

Piotrek pojawił się zaledwie na 15 minut przed startem. Przebrał się w ciuchy biegowe na mrozie i uwolnił mnie od ciężaru plecaka. Po krótkiej wizycie w toalecie do startu pozostało kilka minut. Cel był jasny zawalczenie o życiówkę na poziomie 1:15:00. Każdy kilometr muszę więc przebiec 4:58-5:00/km.

Tuż po starcie usłyszałem od Piotrka – to do zobaczenia na mecie. Zniknął gdzieś z tyłu. Rok temu biegliśmy razem do 9km tym razem czekała mnie samotna walka. Jak zwykle po pierwszym nawrocie zrobiło się bardzo ciasno. Część osób biegła po wąskim chodniku reszta w tym ja ruszyła po trawniku. Nie mogłem pozwolić sobie na duże straty już na początku biegu. Dalej też było ciasno i manewrowałem między wolniejszymi biegaczami. Jak na takie okoliczności 1km w 5:06 można uznać za sukces.

Potem nieco przyspieszyłem usiłując znaleźć kogoś biegnącego w moim zakładanym tempie. W końcu zaczepiłem dziewczynę biegnącą przez dłuższy czas ramię w ramię. Czy chce biec w tempie 5:00/km? Odpowiedziała, że bardzo by chciała :) Odtąd z Jagodą staraliśmy się dyktować sobie tempo i wymieniać się na prowadzeniu. Na początku biegu mieliśmy jeszcze siły i oddech, żeby nieco ze sobą porozmawiać. Mimo chęci rezygnacji ze wspólnego biegnięcia razem już na 3km Jagoda dotrwała do około 6km.  Wszystkie km przebiegnięte razem były z kilkusekundową nadróbką w stosunku do planu. 

Wybór butów z agresywniejszym bieżnikiem i membraną okazał się trafiony w dziesiątkę. Na części trasy zalegała topniejąca śniegowa breja oraz liczne kałuże. Trzymanie buta było wzorcowe, membrana zapobiegała przemakaniu a wysoka cholewka nie dopuszczała do wlania się wody z góry.

Potem zaczepiliśmy się do grupy biegaczy, którzy na początku dyktowali równe tempo. Gdy zaczęli zwalniać i Jagoda nie miała ochoty wracać do walki o czas. Podziękowałem za towarzystwo i kontynuowałem samotną walkę z czasem.

Gdy zbliżałem się do szkoły usłyszałem radiowóz prowadzący czołówkę biegu. Rok temu byłem już zdublowany.Tym razem jeszcze się trzymałem. W połowie dystansu tętno skoczyło już do poziomu 185 i zapowiadało bolesną końcówkę biegu. O ile poprzednie kilometry udało się bez dużego wysiłku pobiec szybciej to teraz miałem duże problemy z utrzymaniem właściwego tempa.

Dźwięk radiowozu był coraz głośniejszy i w końcu na 8,5km zostałem zdublowany przez czołówkę biegu. O dziwo widok uciekających mi zawodowców skłonił mnie do nieświadomego przyspieszenia. Mimo bardzo wysokiego tętna przyspieszyłem nadrabiając w stosunku do planu na kolejnych dwóch kilometrów.

Po raz ostatni przekraczając linię startu miałem w głowie zmobilizowanie siebie do przebiegnięcia ostatniej piątki. Tętno 188 było zbliżone do zakresu pracy na tym dystansie. Starałem się wycisnąć z siebie resztkę sił. Udało się na 11km przebiegniętym w 4:59. Potem zacząłem już wyraźnie słabnąć. Nie byłem w stanie wykrzesać z siebie więcej. Mogłem tylko odprowadzać wzrokiem biegaczy, którzy dobrze zaplanowali wysiłek. Z każdym metrem traciłem nadzieję na osiągnięcie zaplanowanego czasu. 

Mimo braku nadziei na realizację planów starałem się wykrzesać z siebie resztkę sił. Chciałem by moja męka trwała krócej :) Na 14km zostałem sam przez siebie zaskoczony, bo pobiegłem go w 4:59.

Ostatni km pamiętam jak przez mgłę – mnóstwo zawodników zrywających się do finiszu i ja próbujący nieudolnie zabrać się z którymś z nich.

Dystans do poprzedzającego mnie zawodnika był jednak zbyt duży.  

 

Po chwili na złapanie tchu zatrzymuję czas: 1:14:58!

 

Przez skrajne zmęczenie nie potrafię wyrazić swojej radości. Wolontariusze zawieszają medal i podają folię NRC. Drżącymi rękami przewiązuję ją wokół szyi. Próbuję złapać oddech i szukam kolegi. Musi w końcu być dość niedaleko za mną. Po dłuższej już jestem w stanie cokolwiek powiedzieć. Zachęcam więc finiszujących zawodników do walki na ostatnich metrach. W końcu znajduję Piotrka – okazało się, że na mecie był znacznie wcześniej ode mnie.

Jak co roku stajemy w kolejce po kawę a potem zupę. Ku naszemu zaskoczeniu znajdujemy nawet wolne miejsce przy stoliku. Po grochówce udajemy się do szatni i jedziemy do domu. Start w biegu jak co rok kończy się dwudniowym katarem. 

Statystyka

W tym roku zająłem 510 miejsce na 1020 zawodników, którzy ukończyli bieg – czyli dokładnie przybiegłem w połowie stawki.

Czas brutto: 01:15:50

Czas netto: 01:14:52

Miejsce w kategorii wiekowej M30 – 175

Miejsce wśród mężczyzn – 474

Średnia prędkość 12.02km/h

Międzyczasy i miejsca:

DystansCzasMiejsce
2,5km00:12:02600 
5km00:25:54547 
7,5km00:36:54525 
10km00:50:59511 
12,5km01:02:03?

 

Podsumowanie

Udało się zrealizować pierwszy cel planu na 2012 rok. – pobiłem życiówkę aż o 3 minuty i 19 sekund. Duża ilość mocnych treningów wkręciła mnie na wyższy niż na tym etapie sezonu poziom. Niestety ta wysoka ich intensywność doprowadziła do mojego przetrenowania.

Analizując czasy poszczególnych kilometrów – pobiegłem dość równym tempem wahającym się w przedziale 4:53 – 5:09/km. Gdybym odpuścił na tydzień przed startem treningi wynik mógłby być jeszcze lepszy. 

Jeśli chodzi o ocenę samego biegu – mogę właściwie ją skopiować z poprzedniego roku:

 

Na minus:

  1. Brak oznaczeń kilometrowych na trasie.
  2. Niezbyt wyraźne oznaczenie biura, szatni i trasy dojścia na start
  3. Bardzo ubogi pakiet a właściwie jego brak
  4. Dość długie kolejki do toalet zarówno w szatni(2 szt) jak i na linii mety (6 szt.)

Żeby nie mówić jedynie o minusach trzeba pochwalić za:

  1. Wysokość wpisowego – 20 zł 
  2. Oznaczenie trasy – mimo wielu zakrętów nigdy nie miałem dylematu gdzie skręcić.
  3. Organizacja ruchu – policjanci dobrze regulowali ruchem, w momentach gdy nikt nie biegł przepuszczali samochody
  4. Folia NRC była bardzo przydatna na mecie ze względu na dużą odległość do szatni.
  5. SMS z wynikiem został wysłany minuty po zakończeniu biegu.
  6. Dobre zabezpieczenie medyczne trasy. 

Bieg Chomiczówki to idealny sprawdzian przed wiosennym półmaratonem. Wg. Piotrka jest to najbrzydszy bieg w jakim uczestniczył :)


Komentarze facebook:

comments

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.