Podsumowanie sezonu 2010 – 2011

Zainspirowany spotkaniem z Mariuszem Giżyńskim gdzie podsumowywał swój sezon biegowy postanowiłem przeprowadzić swój rachunek sumienia.

Listopad (8 treningów – 58km)

Właściwie mój poprzedni sezon rozpoczął się w listopadzie gdy doleczałem kontuzję ścięgna Achillesa. Po miesiącu spędzonym na pływaniu i wizycie u masażysty nieśmiało rozpocząłem swoje bieganie. Na pierwszych treningach na szczęście nic mnie nie bolało i mogłem myśleć o spełnieniu swojego biegowego marzenia – starcie w maratonie. W międzyczasie dzięki wygranej w konkursie na runblog.pl miałem okazję wystartować w Biegu Niepodległości. Po zaledwie 2 treningach nie nastawiałem się na osiągnięcie żadnego wyniku. Biegłem na tętno ciesząc się możliwością biegania. Wynik 00:56:26 był bardzo satysfakcjonujący.

Po krótkim odpoczynku rozpocząłem nieco skrócone przygotowania wg metody Skarżyńskiego do maratonu w Dębnie. Jako cel na debiut postawiłem sobie złamanie 4:00:00.

Grudzień (12 treningów – 137km)

Według planu był to czas po krótkim wprowadzeniu gdy zaczęły się pierwsze mocniejsze treningi. Zima była bardzo śnieżna więc wykonanie krosów było nie lada wyzwaniem. Pasywne były jeszcze do zniesienia, ale bieganie aktywnych było traumą. Zbiegi po ośnieżonych i oblodzonych ścieżkach parkowych były czystym szaleństwem. Na szczęście nie upadłem ani razu więc złamań ani kontuzji nie było.

Długie wybiegania w wolnym tempie nie sprawiały mi większych trudności poza pokonaniem lenistwa do wyjścia z ciepłego mieszkania na mróz.

Styczeń (16 treningów – 215km)

Ten miesiąc to był bardzo sumiennie przepracowany. W trakcie regularnego treningu czułem się coraz bardziej zmęczony. Mój organizm nie nadążał z regeneracją. Przyczyną było mylne ustawienie programu Garmin Training. Po wprowadzeniu tętna spoczynkowego strefy liczone były od %HR Reserve. Tradycyjnie w styczniu pobiegłem w Biegu Chomiczówki na 15km stanowiącym dobrą motywację do zimowych treningów i rozprawiłem się z życiówką na tym dystansie o prawie dwie minuty (1:18:11).

Luty (14 treningów – 186km)

W lutym starałem się kontynuować pracę maratońską i mobilizacji mi nie brakowało. Pojawiły się jednak drobne kłopoty zdrowotne. dlatego odpuściłem kilka treningów. Na szczęście żaden pełny tydzień nie wypadł z harmonogramu. Pod koniec lutego miałem zaplanowany ostatni test przed maratonem. Na początku miałem go pobiec testowo z prędkością niewiele większą od maratońskiej. W końcu przede mną były jeszcze dwa miesiące najtrudniejszych objętościowo treningów. Tymczasem znalazłem na czas półmaratonu towarzysza, który zgodził się mi pozającować pod jednym warunkiem: biegniemy po moją życiówkę. Zmieniłem więc plany i zmierzyłem się ze swoim rekordem. Niestety próba przeprowadzona na półmaratonie we Wiązownej zakończyła się niepowodzeniem 01:47:46 netto.

Marzec (17 treningów – 257km)

Marzec to okres najdłuższych treningów przygotowujących do głównego startu w Dębnie. Zapisałem się na ostatnią chwilę mając w pamięci moje liczne niepowodzenia w tej materii. Testowałem w trakcie długich treningów również picie i odżywianie zgodnie ze wskazówkami Jerzego Skarżyńskiego.  Jeśli chodzi o izotoniki kupowałem Powerade gdyż taki napój miał być na maratonie. Z oferty żeli wybrałem firmę SiS i ich żel "izotoniczny" przypominający konsystencją kisiel. Najtrudniejszym treningiem był realizowany 27 marca 28km wybieganie trwające prawie 3 godziny. Pod koniec zacząłem czuć smak ściany maratońskiej…

W międzyczasie popsuł się mój pasek pulsometra od Garmina. Wymiana została przyjęta do realizacji w ramach gwarancji, ale pasków nie było na stanie:( Z niecierpliwością czekałem na jego wymianę i biegałem głównie na samopoczucie.

Kwiecień (17 treningów – 177km)

Kwiecień to okres odpuszczania kilometrażu i czekania na upragniony start. Byłem o dziwo dość spokojny o jakość moich przygotowań. Do Łąkomina gdzie zaklepaliśmy nocleg udałem się już w piątek aby wypocząć po podróży. Start w Dębnie zakończył się połowicznym sukcesem – debiut zaliczony, ale kryzys od 31km nie pozwolił na złamanie 4h w debiucie. Wynik  4:09:46 nie powala na kolana i nie przynosi ujmy. (Relacja nie może nadal doczekać się publikacji – może uda się dokończyć ją po świętach). Po biegu byłem po prostu zmęczony. Nie nabawiłem się na szczęście żadnych urazów i po dwóch tygodniach wolniejszego biegania wróciłem do treningów. Celem dalszego etapu treningów było złapanie szybkości i ustanowienie rekordu życiowego na 10km. Pod koniec kwietnia pobiegłem w warszawskim teście Coopera osiągając 2930m

 

Maj (11 treningów – 120km)

Maj to okres startowy. Pierwszy z nich nastąpił już 3 maja w Biegu Konstytucji. Była to moja pierwsza piątka przebiegnięta w rewelacyjnym czasie 00:20:47. To prognozowało wynik rzędu niecałych 43 minut na 10km. Swoją próbę bicia rekordu zaplanowałem na czerwiec w biegu Avon kontra Przemoc w Garwolinie. Do tego czasu trenowałem wg programu Jurka Skarżyńskiego na złamanie 45:00. Pod koniec maja brałem udział w wyjątkowej sztafecie Ekiden z biegaczami prowadzącymi blogi biegowe. Impreza okazała się wielkim sukcesem – jako drużyna zajęliśmy bardzo wysokie 34 miejsce na prawie 300 drużyn. Mój debiut na dystansie 7,195km wypadł nieco poniżej oczekiwań 00:32:10. Niestety w trakcie biegu doznałem urazu ścięgna Achillesa, który ciągnął się prawie przez cały sezon.

Czerwiec (5 treningów 46km)

Po tygodniowej przerwie gdy stan kontuzjowanego ścięgna się poprawił udałem się na urlop i postanowiłem skorzystać z miękkości plaż i nieco pobiegać. Niestety przerwa na wyleczenie kontuzji była niewystarczająca. Plany bicia życiówki na 10km musiałem odłożyć na bliżej określoną przyszłość. Zająć trzeba było się kontuzjowaną nogą. Uraz był inny niż rok temu USG wykryło płyn w ścięgnie i lekki obrzęk. Udałem się na masaż i postanowiłem zapisać się do Ortorehu na diagnozę i rehabilitację.

Lipiec (1 trening – 5km)

Po wizycie u normalnego ortopedy diagnoza była nieubłagana. 6 tygodni przerwy w bieganiu. W Ortorehu podobnie 2 tygodnie bez biegania, 4 tygodnie ćwiczeń i rehabilitacji. Obie diagnozy potwierdziły – nie mam szans na jesienny maraton.

Wykonywałem wiele ćwiczeń i wreszcie pod koniec miesiąca pobiegłem pierwsze 3km. Nawet nic mnie nie bolało… Liczyłem, że to wreszcie koniec kontuzji.

Sierpień (2 treningi – 10km)

Niestety mój optymizm był przedwczesny po kolejnych dwóch treningach ból powrócił. Bieganie zostało odłożone na kolejne 2 tygodnie, które przedłużały się aż do początku września.

Wrzesień (7 treningów – 34km)

We wrześniu już nieśmiało podejmowałem próby treningów. Po cichu liczyłem na poprawę życiówki na 10km. Plan był taki aby pierwszym startem w wyścigu na 10km była impreza Biegnij Warszawo

Gdy Nike zaproponowało zabawę złap przewagę postanowiłem wziąć w niej udział. Byłem naprawdę wygłodniały biegania a treningi 5 razy w tygodniu były doskonałą możliwością do spożytkowania drzemiącej we mnie energii. Nieco bałem się o powrót kontuzji tym bardziej, że trenerzy nas nie oszczędzali. Skończyło to się chorobą, która uniemożliwiła mi start w Biegnij Warszawo. W zabawie zająłem zaszczytne 4 miejsce i otrzymałem opaskę Nike SportBand. Po napisaniu odwołania do komisji konkursowej przyznano mi równorzędną nagrodę z niezbyt uczciwymi zwycięzcami. Mam więc personalizowane Nike Lunarglide 3+.

Październik (11 treningów – 74km)

Po zakończonej chorobie postanowiłem nadal walczyć o życiówkę na 10km wg planu opublikowanego na stronie Praskiej Dychy. Zmodyfikowałem jedynie tempa treningów gdyż najszybszy program był na złamanie 50 minut. W planie miałem 2 starty  na 10km w Praskiej Dyszce 06.11.2011 oraz Biegu Niepodległości 11.11.2011.

Jako test aktualnych możliwości pobiegłem w charytatywnym biegu Wybiegaj sprawność na dystansie około 5,5km. Własny pomiar czasu 00:25:55. Co potwierdziło, że droga do życiówki jest dość odległa.

Listopad (11 treningów – 86km)

Trzy tygodnie mocnych treningów nie wystarczyły do tego aby móc wykonać wszystkie treningi w zadanych prędkościach. Przystępowałem do Praskiej Dychy niezbyt pewny swojej formy. Pobiegłem nieco asekuracyjnie i osiągnąłem 00:47:24. W międzyczasie przyplątały mi się dwa urazy, które udało się załagodzić przed Biegiem Niepodległości. Tam przystępowałem już w pełni sił i z determinacją pobicia życiówki. Zabrakło niecałej minuty, ale dałem z siebie absolutnie wszystko 00:46:07.

Zestawienie startów w zawodach

Starty sezon 2010-2011
DataDystansBiegczas netto
11.11.201010kmBieg Niepodległości00:56:26
16.01.201115kmBieg Chomiczówki01:18:11
27.02.201121,0975kmPółmaraton Wiązowna01:47:46
10.04.201142,195kmMaraton Dębno04:09:46
27.04.201112 minWarszawski Test Coopera2930m
03.05.20115kmBieg Konstytucji 3 Maja00:20:47
29.05.20117,195kmMaraton Sztafet Ekiden00:32:10
16.10.2011około 5,5kmWybiegaj sprawność00:25:55
06.11.201110kmPraska Dycha00:47:24
11.11.201110kmBieg Niepodległości00:46:07

 

Najlepsze czasy w sezonie a życiówki

DystansCzasRekordRóżnica%
12 min (test Coopera)2930mdebiut--
5km00:20:47debiut--
7,195km00:32:10debiut--
10km00:46:0700:45:10+00:00:57+2,06%
15km01:18:1101:20:06-00:01:55- 2,39%
21,0975km01:47:4601:47:24+00:00:22+0,34%
42,195km04:09:46debiut--

4691/4806

Podsumowanie

W sezonie udało mi się zrealizować mój cel podstawowy ukończyć maraton. Czas co prawda odbiegał od założonego a jego poprawę planowaną poprawę jesienią przekreśliła kontuzja. Drugorzędnymi celami była poprawa życiówek w półmaratonie i w biegu na 10km. Niestety obydwa te cele nie zostały zrealizowane. Na pocieszenie pozostała mi bardzo dobra życiówka na 5km uzyskana na dość trudnej trasie.

Mój organizm nie wytrzymał trudów treningu i startów co zaowocowało długotrwałą kontuzją. Przekreśliła ona moje plany na drugą część sezonu. Dzięki kosztownej rehabilitacji poznałem swoje słabe strony. Przede wszystkim zwracam lepszą uwagę na dolegliwości jakie mogą przerodzić się w kontuzję. Częściej stosuję masaż, robię ćwiczenia rozciągające i stabilizujące. Chciałbym wierzyć w to, że te zmiany pozwolą mi kolejne lata biegać bezurazowo. 


Komentarze facebook:

comments

to “Podsumowanie sezonu 2010 – 2011”

  • Ava Says:

    Hej, co za skrupulatność – ja nie mam pojęcia ile przebiegłam w 2011. W każdym razie jak widać cholerne kontuzje mogą pokrzyżować najlepsze plany, więc życzę Ci żebyś w 2012 nie musiał ani razu dzwonić do Ortorehu ;-) No i żebyś zrealizował wszystkie plany z następnego posta. Pozdrawiam!

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.