XXIII Bieg Niepodległości 2011 relacja – 10km

Bieg Niepodległości był drugim w ciągu 5 dni startem na 10km i formalnym zakończeniem biegowego sezonu. Mimo krótkiej pięciodniowej przerwy po Praskiej Dyszce czułem, że mogę dać z siebie jeszcze więcej.

źródło: maratonczyk.pl

Uraz

Jedyną przeszkodą były dwie dolegliwości: ból na u dołu mięśnia płaszczkowatego  występujący w obu nogach oraz ból przyczepu mięśnia czworogłowego, tuż pod pośladkiem. Zgodnie z planem udałem się do Ortorehu na szybkie przywrócenie do stanu używalności. Pierwsza dolegliwość mogła być spowodowana przez buty (zarówno zmiana na inny model jak i brak wsparcia dla nadpronatorów). Oprócz ręcznego dość bolesnego masażu miałem również elektrostymulację mięśni. Druga dolegliwość była dość trudna do zdiagnozowania. Ból nie występował podczas przyciągania i odpychania nogi, ale podczas ruchu rotacyjnego. Oprócz ćwiczeń gimnastycznych mających przywrócić właściwy zakres ruchu rotacyjnego i lekkiego masażu zostały naklejone taśmy mające złagodzić ból. Dodatkowym zaleceniem był masaż lodem łydek i bolącego miejsca. Beata zniechęcała mnie do próby bicia rekordu życiowego…

Po tych zabiegach i samodzielnych masażach lodem stanąłem na starcie prawie zdrowy, zmobilizowany do zmierzenia się z tym wyzwaniem. 

Przed startem

Poranek był bardzo chłodny i dość pochmurny. Na termometrze było około 2 stopnie Celsjusza  przy lekkim wietrze. Taka pogoda nie nastraja pozytywnie do szybkiego biegania. Wg prognoz miało się rozpogodzić i zrobić cieplej. Ja jednak na wszelki wypadek ubrałem się w bardzo ciepły strój przedstartowy.

Po dotarciu na miejsce obejrzałem stoiska wystawowe. Najbardziej zainteresowało mnie stanowisko Maratonu Łódzkiego, który o ile sprawy rodzinne pozwolą, będzie pierwszym z dwóch startów w maratonie w przyszłym roku. Spotkałem Janusza "Gazownika" i zaproponowałem mu uczestnictwo w akcji zwykły bohater organizowanej przez TVN. Bez wahania zgodził się na jego zgłoszenie do konkursu.

Na około godzinę przed startem temperatura zdecydowanie zrobiła się bardziej przyjazna. Zdecydowałem się więc na przebranie w lżejszy strój. Rozgrzewkę rozpocząłem 2km truchtem i dużą ilością rozciągania. Na przebieżki zabrakło już nieco czasu, bo spóźniony kolega chciał zostawić rzeczy w mobilnej szatni. 

Zanim udałem się na miejsce startu wypiłem jeszcze kofeinowego shota. Niestety nie udało mi się znaleźć takiego co by nie zawierał cukru więc dla lepszego wchłaniania popiłem go wodą. Już w trakcie odgrywania hymnu wpadliśmy na linię startu. Tym razem organizatorzy zadbali o dobre nagłośnienie i dźwięki mazurka były słyszalne nawet w dużej odległości od sceny. Szukałem zająca biegnącego na 45:00, ale przez zagęszczenie tłumu nie udało się dostać w jego pobliże. Gdy tylko wystrzelił starter balonik zaczął się przemieszczać do przodu. My pozostaliśmy w gęstym tłumie czekając aż ruszy fala biegaczy.

Bieg

Pierwszy kilometr minął na nieustannym przeciskaniu się pomiędzy wolniejszymi biegaczami. A wszystko to  mimo dobrego oznaczenia stref startowych. Widać część osób nigdy nie nauczy się, żeby nie opóźniać szybszych biegaczy… Mój kolega został gdzieś z tyłu zgodnie ze wcześniejszymi deklaracjami. Szkoda – liczyłem co nieco na jego zającowanie. Mimo nieustannego slalomu pierwszy km przebiegłem w 4:31.

Dalej nieco się rozluźniło a kofeina uderzyła do głowy. Nogi bardzo szybko chciały nadrobić stracony do zająca dystans. Naprawdę biegło mi się szybko i bezproblemowo. Byłem bardzo zaskoczony widząc na zegarku tempo 4:15. Zwolniłem nieco, ale wynik był zaskakujący 4:22.

Na wysokości podbiegu nad Alejami Jerozolimskimi natknąłem się na samochód wiozący marszałka. Zajmował on jeden pas i powodował korek. Dużo bardziej podobało mi się zeszłoroczne rozwiązanie gdy jechał przed najszybszymi biegaczami. Podbieg na wiadukt pokonałem dość szybko nie tracąc tempa. Balonik zająca jednak pozostawał w odległości jakichś 500 metrów. 3km pokonany w 4:28.

Cały czas starałem się dogonić prowadzącego grupę na 45 minut pacemakera. Mimo jednak wytężonej pracy na poprzednich kilometrach dystans jaki nadrabiałem był nadal niewystarczający. W głowie miałem jedną myśl dogonić go i życiówka stanie się faktem. Z naprzeciwka nadbiegali zawodnicy czołówki. W czubie tradycyjnie już biegł Mariusz Giżyński, którego chwilę podopingowałem. Powietrza w płucach starczyło jedynie na dwa okrzyki. Rok temu gdy byłem gorszej formie minęli mnie na zbiegu z wiaduktu. Po przebiegniętym kilometrze w 4:27 wydawało się, że jego przewaga zająca lekko topniała.

Biegnąc dalej  w pościgu za balonikiem spotkałem jeszcze raz Janusza. Zapewne tradycyjnie wkręcił się na start z pierwszej linii, ale tempa zawodowców nie utrzymał :) Powoli zacząłem odczuwać trudy biegu, ale widok półmetka spowodował kolejne przyspieszenie. 5km pokonany w 4:33.

Szansa na życiówkę była naprawdę duża. Miałem nadróbkę w stosunku do planu. O dziwo po nawrocie balonik był naprawdę blisko. Próbowałem przyspieszyć i załapać się do grupy. Nie udawało się to mimo dość dużego wysiłku. Widocznie byli spóźnieni w stosunku do planowanego czasu i po półmetku zdecydowanie przyspieszyli. Ja próbowałem znaleźć zawodnika na podobnym poziomie i uczepić się jego pleców. Na niewiele się to zdało. Czas przebiegnięcia kilometra dużo gorszy od zakładanego 4:38.

Wtedy dopadła mnie jakaś blokada. Nie wiem czy było to spowodowane zmęczeniem fizycznym czy psychicznym. Każdy z wybranych za cel zawodników powoli, ale konsekwentnie oddalał się ode mnie. Biegło się coraz ciężej a kryzys przybierał na sile na dodatek na trasę tuż przed podbiegiem zawędrowali zawodnicy Nordic Walking. 7km pokonany w 4:41

8km rozpoczął się od podbiegu pod wiadukt pośród kijkowiczów. Często szli oni ławą po kilka osób co zmuszało do slalomu pod górkę. W duchu przeklinałem pomysłodawcę takiej organizacji biegu i marszu Nordic Walkerów. Był to najgorszy kilometr biegu 4:52.

Marzenia o życiówce należało więc odłożyć na przyszły sezon i skupić się na biegu. Ta myśl i świadomość bliskości mety dodała mi animuszu. Stopniowo przyspieszałem wyprzedzając kolejnych zawodników. Ku mojemu zaskoczeniu im bliżej było mety tym więcej kibiców i przypadkowych przechodniów dopingowało biegaczy. Czas odzwierciedlił samopoczucie 9km w 4:44.

Ostatni km to mobilizacja do przyspieszenia, za wszelką cenę. Mijając kolejnych zawodników zacząłem wierzyć w dobry czas. Na jakieś 300m przed metą czekała ekipa Ergo uwieczniając mnie na fotografii.

Od tego miejsca pamiętam jedynie sprinterską walkę o ułamki sekund. 

Czas netto 46:07 zaledwie niecała minuta do życiówki! 

Byłem naprawdę zmęczony i pewny, że dałem z siebie wszystko. Tradycyjnie chwilę postałem przy ogrodzeniu próbując złapać utracony oddech. Potem na szyi zawisł medal na biało-czerwonej tasiemce. Nie chcąc marznąć chwyciłem jedynie izotonik i nie czekając na zupę udałem się do samochodu.

Statystyka

Miejsce 1242 na 6136 osób które ukończyło bieg. Byłem więc w 21% stawki.

Miejsce w kategorii wiekowej M30 541 

Czas brutto: 00:47:53

Czas netto: 00:46:07

Czas po 5km: 00:22:23

Średnia prędkość: 13.01 km/h 

Podsumowanie

Bieg Niepodległości to druga pod względem frekwencji impreza biegowa w Warszawie. Trzeba przyznać, że mimo większej ilości uczestników niż rok temu organizacja była nadal bardzo dobra. Chętnie pojawię się za rok. Zamiast chodzić na marsze patriotyczne okraszone zamieszkami swój patriotyzm wolę manifestować w ten sposób.

W cenie 40 zł wpisowego otrzymaliśmy bieg na atestowanej trasie z pomiarem czasu. W skład pakietu startowego wchodził numer, bawełniana koszulka, przekąska firmy Wasa i mały tester płynu do prania ubrań technicznych. Na mecie dodatkowo do odbioru był medal, dyplom, izotonik oraz zupa.

Na plus:

  • Kontynuowanie pomysłu żywej biało – czerwonej flagi
  • Wyznaczenie stref czasowych (niestety nieprzestrzeganych przez uczestników)
  • Pacemakerzy prowadzący na kilka czasów
  • Atestowana, prosta trasa
  • Doskonałe nagłośnienie

Na minus

  • jadący samochód z marszałkiem utrudniał bieg
  • zawodnicy nordic walking zostali wypuszczeni po biegaczach, ale po krótszym nawrocie przeszkadzali w drodze powrotnej

Co do szatni nie mam zdania gdyż z nich nie korzystałem.

Jeśli chodzi o mój występ to nie udało mi się zrealizować swojego celu – rekordu życiowego na 10km. Zabrakło nieco wytrzymałości w drugiej połowie dystansu. Mimo to byłem zadowolony z wyniku, bo dałem z siebie absolutnie wszystko.

 


Komentarze facebook:

comments

to “XXIII Bieg Niepodległości 2011 relacja – 10km”

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.