IV Praska Dycha relacja – 10km

Rzutem na taśmę korzystając z dodatkowego terminu zapisałem się na Praską Dychę. Właściwie to nieco szalony eksperyment startować w 2 biegach na 10km w odstępie zaledwie 5 dni. Ten drugi to bieg Niepodległości rozgrywany 11 listopada. Po chichu liczyłem na pobicie życiówki na 10km. Przyznam, że stanowiłoby to miłe zakończenie w połowie zmarnowanego przez kontuzję sezonu.

źródło zdjęć i filmu – fotomaraton.pl

Przygotowywałem się wg. dość wymagającego programu opublikowanego na stronie Praskiej Dychy.  Jego autorami są znani biegacze Kuba Wiśniewski i Mariusz Giżyński. Realizowałem wariant dla profesjonalistów (dobre sobie) przygotowujący do osiągnięcia rezultatu poniżej 50 minut. Przeplanowałem tempa i solidnie przepracowałem trzy tygodnie. Problematyczne dla mnie było realizowanie w pełnym wymiarze biegów ciągłych w tempie na 10km (4:30/km). Zrzucałem to na moje niedotrenowanie oraz na pagórkowatą pętlę z około 500m metrowym podbiegiem.

Nie byłem więc pewny swoich możliwości. Dodatkowo przyplątały się dwie dolegliwości – bolesne punkty w połowie długości łydek oraz przyczep mięśnia czworowgłowego.

W dniu biegu obudziłem się dość wcześnie o 8:00, spożyłem lekkostrawne śniadanie (kanapki z jasnego pieczywa z dżemem oraz babcine ciasto drożdzowe). Przyrządziłem wzmocnioną łyżeczką kawy colę oraz izotonik i tak przygotowany ruszyłem dość wcześnie na start. Moje obawy były uzasadnione. Dostanie się do Paku Skaryszewskiego ze względu na liczne remonty przed Euro oraz budowę metra było bardzo utrudnione. Bez pomocy nawigacji miałbym ogromne problemy z dotarciem na start. Zaparkowałem dość blisko mety i udałem się po odbiór chipa.

Na miejscu było naprawdę chłodno – około 5 stopni lekkim wietrze. Żałowałem, że rękawiczki zostawiłem w domu. Spotkałem kilku znajomych biegaczy i biegaczki dzięki którym czas mi minął bardzo szybko. Bardzo podobała mi się możliwość wypicia gorącej herbaty na rozgrzewkę. Przy okazji udało mi się spotkać dyrektora biegu Mariusza Giżyńskiego i krótko pogratulować życiówki w maratonie. 

Skorzystałem również z obecności ekspertów. Na stoisku Vitarade spotkałem Jakuba Czaję- dietetyka.

Po długim wyczekiwaniu ( i popijaniu wzmacnianej coli) na swoją kolej zadałem pytania na temat suplementacji kofeiną przed startem. Większość tez opisanych w artykule na temat kofeiny zostało potwierdzonych, ale było też kilka uwag. Planuję jego aktualizację o te informacje. 

Jeszcze przed rozgrzewką zdążyłem skonsultować moje dolegliwości z masażystami Ortorehu. Moje dolegliwości mogą być związane z niedostateczną kontrolą nadpronacji przez testowane Adidasy. Bolesnym miejscem na łydce z pobieżnej diagnozy jest przyczep mięśnia płaszczkowatego.

Czas na rozmowach płynął bardzo szybko i niewiele czasu pozostało na rozgrzewkę. Truchtem udałem się do mojej  mobilnej szatni pozostawiając plecak. Biegając po przepięknie jesiennym parku zostałem uwieczniony przez fotografów :)

Wracając na linię mety załapałem się jeszcze na rozgrzewkę prowadzoną przez Ewę Witek Piotrowską z Ortorehu. Chwilę później wspólnie wymaszerowaliśmy na linię startu. Tam kolejny raz uchwycili mnie paparazzi w trakcie rozmowy z Januszem Bukowskim.

Na linii startu w ciszy biłem się z myślami dotyczącymi taktyki na bieg. Czy próbować za wszelką cenę złamać życiówkę? W związku z dolegliwościami nie chciałem ryzykować poważniejszej kontuzji. Plan minimum to bieg w tempie 4:45/km i tak miałem zamiar rozpocząć bieg. Potem w zależności od samopoczucia utrzymywanie tempa lub przyspieszenie.

Po chwili strzał startera wyrwał mnie z zamyślenia i znalazłem się na trasie. Ze względu na brak kompana postanowiłem wyszukać osoby biegnące podobnym tempem. Po kilku chwilach znalazłem dziewczynę dość żwawo pokonującą dystans i próbowałem utrzymać się za nią.  Tempo było nieco lepsze od zakładanego i pierwszy km pokonałem w 4:39. Po chwili po raz pierwszy przebiegłem przed zbiegiem na mety. Komunikat mówiący o kolejnych 5 okrążeniach nie działał mobilizująco.

Ku mojemu zdumieniu tętno było dość niskie (poniżej granicy 180) a nogi same pędziły w pogoni za koleżanką. Gdy po 2km na ekranie Garmina pojawiło się tempo 4:29 zacząłem powoli wierzyć, że życiówka jest w moim zasięgu.

Niestety pełniąca rolę zająca koleżanka przyspieszyła odrywając się od mojej grupy. Wtedy nieco siadła motywacja. Upatrywałem więc nowego celu – stał się nim widoczny na zdjęciu kolega w czapce. 3km w 4:36/km 

Im dalej w las tym tempo było trudniejsze do utrzymania. Na dodatek zaczęło się dublowanie wolniejszych uczestników biegu co zawsze źle odbija się na tempie biegu. Muszę jednak przyznać, że dzięki komunikatom organizatorów większość truchtaczy zostawiała miejsce po wewnętrznej okrążenia dla szybszych. 4km pokonałem w 4:43.

Mimo relatywnie niskiego tętna oddychało mi się ciężko a nogi nie chciały się kręcić.  Półmetkowy kilometr minąłem w 4:43. Wtedy jakoś uciekło ze mnie powietrze. Coraz więcej osób przyspieszało a moi upatrzeni rywale podobnie jak ja dostali zadyszki. Poza tym perspektywa kolejnych 3 okrążeń tej samej trasy nie była wcale mobilizująca. Tym samym 6km minął w rekordowo wolnym czasie 4:51.

Mijając okolice mety usłyszałem odliczanie osoby z mojej grupy : "jeszcze dwa". Więc jak w dniu świstaka ten sam film jeszcze dwa razy zagości mi przed oczyma. Na dodatek poczułem ukłucie w prawym udzie. 7km i 8km równo w 4:49.

Na 8km przyszło otrzeźwienie. Jeśli nie wezmę się do pracy to mój plan minimum będzie zagrożony.  Ruszyłem żwawiej nogami jednak ekran Garmina pozostał praktycznie niewzruszony. Uparcie pokazywał tempo w okolicach 4:46 i tak też przebiegłem 9km.

Na ostatnim km próbowałem zacząć finiszować, ale wielu biegaczy będących za plecami miało większy zapas sił. Dogoniłem w międzyczasie kolegę w czapce jednak na ostatnich 300m oderwał się ode mnie.

Z ulgą zobaczyłem skręt w alejkę w kierunku linii mety.  Ostatnie metry przebiegłem ile sił w nogach mimo, że nie miałem nikogo w zasięgu wzroku do rywalizacji. Z podniesionymi rękami i próbą wydania okrzyku przekroczyłem linię mety.

Z wrażenia nieco za późno wyłączyłem zegarek.

Wg oficjalnych wyników miałem

czas brutto 00:47:34

netto:  00:47:27

miejsce: 261 na 735 osób sklasyfikowanych czyli nie zmieściłem się w 1/3 wyników.

w kategorii M30 -103 a wśród mężczyzn 239

średnia prędkość: 12.64km/h

Międzyczasy:

1,7km 00:08:09 / 265 miejsce

3,4km  00:16:19 / 258 miejsce

5,1km  00:24:45 / 260 miejsce

6,8 km 00:33:21 / 257 miejsce

8,5 km 00:41:52 / 254 miejsce

 Po biegu otrzymałem z rąk wolotariuszek medal z mapą Parku Skaryszewskiego oraz Izotonik. Skorzystałem z możliwości zjedzenia gorącej zupy i ponownego wypicia herbaty.

Podsumowanie 

Impreza była bardzo dobrze zorganizowana w cenie 30 zł otrzymaliśmy to co najważniejsze dla biegacza:

Pomiar czasu, atestowaną trasę, medal, izotonik oraz posiłek na mecie. Miłym dodatkiem były zdjęcia (pewnie na skutek błędu ekipy fotomartaton bo miało być jedno) zasponsorowane przez Nike. To miła odmiana od kolejnej koszulki.

Pod względem sportowym nie jestem zadowolony. Fizycznie czułem się w dość dobrze nie licząc drobnych  dolegliwości. Tętno było niższe niż podczas rekordowego biegu. Walkę z życiówką przegrałem głównie w sferze psychiki bojąc się pójść na całość i zbadać granice organizmu. Nie lubię biegać dużej ilości okrążeń bo tracę poczucie dystansu. Gdzieś w głowie siedziała myśl, że za chwilę czeka mnie kolejny bieg.

Liczę, że o ile zdrowie pozwoli zmierzę się z życiówką w Biegu Niepodległości. Choć tłok będzie bardzo duży. Ma być nas aż 7500!

A na koniec pełna galeria zdjęć z biegu.


Komentarze facebook:

comments

to “IV Praska Dycha relacja – 10km”

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.