Blogacze – sztafeta maratońska – VII Accreo Ekiden 2011

Gdy Bartek na początku roku opublikował pomysł na zjednoczenie blogowej braci biegowej pod wspólnym szyldem bez zastanowienia zgłosiłem chęć uczestnictwa. Nie miałem sprecyzowanych planów, ale bardzo chciałem poznać ludzi, których wpisy czytam i komentuję. W ciągu kilku dni zebraliśmy skład a nawet zanosiło się na drugi.W miarę upływu czasu chętnych nie ubywało i sam start stawał się coraz bardziej realny. Mieliśmy kilka etapów głosowań i wreszcie jako drużyna Blog@czy zapisaliśmy się na Ekiden.

Od lewej: Bartek, Ewa, Wojtek, Michał, Kuba, Krzysiek

Nasza szóstka wspaniałych (skład w kolejności alfabetycznej):

Ava czyli Ewa – rodzynek w naszej męskiej drużynie, właścicielka bloga http://do-przodu-i-w-gore.blogspot.com/ oraz strony http://www.etrampki.pl/. Prawdziwa twardzielka mimo trwającej rehabilitacji nie zrezygnowała ze startu. Specjalistka od podbiegów, zwłaszcza tych pionowych.

Bob czyli Wojtek – prawdziwy maniak biegania, właściciel bloga http://runbobrun.eu/. Wyznawca zasady "train hard party harder" oraz zagorzały kibic Manchesteru United. Zdecydowanie najszybszy zawodnik naszej ekipy.

Dr Proctor czyli Bartek – pomysłodawca stworzenia drużyny, organizator, kapitan a także nasz rzecznik prasowy,właściciel bloga http://www.przebiecmaraton.blogspot.com/. Zapalony kolekcjoner czeskich groszy nie załamujący się trudnościami:" oj tam, oj tam".

Krzysiek czyli Krzysiek – kolejny maniak biegania, właściciel bloga http://www.krysztofiak.net.pl/ najmłodszy członek naszej ekipy.

Kuba czyli Kuba – dyrektor artystyczny drużyny, właściciel bloga http://formatownia.pl/. Sformatował logo blog@czy i koszulki. Gwiazda medialna – piszą o nim w gazetach (Runners World).

oraz Mauser czyli Michał – autor niniejszego bloga

Moje pierwsze spotkanie z Ewą miało miejsce w piątek. Złożyłem swój autograf i tym samym potwierdziłem formalnie uczestnictwo w imprezie. Chłopaków spotkałem dzień później w sobotę. Mieliśmy razem wybrać się na oglądanie finału Ligi Mistrzów. Jako, że przyjechali około 18 poprosiłem, żeby rozejrzeli się w okolicy za pubem z telewizorem a ja miałem później do nich dołączyć. Niestety okazało się, że chłopaki nie byli w stanie znaleźć odpowiedniego miejsca. Postanowiłem bronić honoru stolicy (jeszcze pojadą do Poznania i powiedzą, że w Warszawie nie ma gdzie obejrzeć meczu przy kufelku piwa). Udało się nam wolne miejsce w The Pictures art bar cafe. Czas upłynął nam na rozmawianiu (nie tylko o bieganiu), oglądaniu meczu i konsumowaniu złocistego trunku. Szkoda, że dzieli nas tyle km bo spotykalibyśmy się znacznie częściej.

Kuba, Bartek

Wojtek, Michał

Wojtek, Michał, Krzysiek

Następnego dnia ku mojemu zaskoczeniu byłem pierwszy na miejscu. W nocy padał deszcz, rano zza chmur prześwitywało słońce. Wtedy natychmiast robiło się parno i gorąco. Zbliżała się godzina 8:30 a chłopaków nie było na miejscu. Zwykle na 45 minut przed startem rozpoczynam już rozgrzewkę… Po chwili się pojawili. Szybko założyłem bawełnianą koszulkę, przyczepiłem numer i chip do buta za pomocą plastikowych zaczepów. Jeszcze wspólne zdjęcie i mogłem pędzić dogrzać organizm przed startem.

Zdjęcie z imionami i adresami blogów. Na zdjęciu prezentuję metkę, żeby pokazać, że koszulki były nowe:)

Startowałem jako pierwszy na bardzo nietypowym dystansie 7.195km. Chciałem bardzo pobiec cały dystans tempem 4:15/km, żeby zobaczyć jak dobrze jestem przygotowany do pobicia życiówki na 10km. O dziwo na starcie nie było dużego tłoku i udało mi się przedostać na początek stawki.

Wystartowałem bardzo szybko bojąc się, że na wąskim fragmencie przyjdzie mi walczyć na łokcie z innymi biegaczami.

Tempo było jak dla mnie kosmiczne – wystartowałem w 3:30/km!

Za pierwszym zakrętem zwolniłem biegnąc nieco powyżej 4:00/km. Trasa była bardzo pokręcona, ale na szczęście również dobrze oznaczona. Pierwszy km przebiegłem w 4:07, ale z każdym metrem biegło się ciężej. Liczne zakręty wybijały z mnie z rytmu. Ilekroć do niego wróciłem czekał kolejny zakręt. Drugi kilometr zgodnie z założeniami w 4:15/km.

Jeszcze tylko kilkaset metrów i przekraczam po raz pierwszy linię mety. Czas brutto: 00:09:55.

Biegnie mi się coraz bardziej niekomfortowo – nie jestem w stanie utrzymać zaplanowanego tempa. Zza chmur wychodzi słońce skutecznie niwecząc moje plany 3km w 4:23. Na swoje nieszczęście biegnę praktycznie sam – najbliżsi zawodnicy są jakieś 100 – 150m przede mną. Z drugiej strony z tyłu nikogo nie widać. Na nowej pętli wreszcie pojawiły się oznaczenia kilometrowe. Jeszcze aż 4km. Próbowałem jeszcze zawalczyć o powrót do zamierzonego tempa jednak Garmin chwilę dalej pokazał 4:20. Wtedy już wiedziałem że moje plany wzięły w łeb. Może to spowodowało, że 5 km pobiegłem wolniej w 04:28. Zostały jeszcze dwa kilometry a ja byłem totalnie wypruty. Siłą woli ciągnąłem noga za nogą. Dawało to mierny skutek. Na dodatek zakręt o 180 stopni wybił mnie z rytmu. Tempo jeszcze wolniejsze aż 4:35! Po przekroczeniu znacznika 4km (oznaczającego dla mnie 6,195) wstąpiły we mnie nowe siły. Już widziałem ostatnią prostą i nastąpił kolejny ostry zakręt wybijający z rytmu. Na ostatnim wirażu udało się wyprzedzić jednego z wydawałoby się nieosiągalnych rywali. Wbiegając na ostatnią prostą ujrzałem Wojtka, który podniesioną ręką informował o swojej obecności. Przycisnąłem ile fabryka dała.

Niestety zmiana nie była idealna. Za pierwszym razem nie udało się złapać Wojtkowi pałeczki. Na szczęście nie upadła i ponowna próba była już udana.

Byłem potwornie zmęczony, ale i lekko niezadowolony ze swojego występu. Ze zmęczenia zapomniałem wyłączyć Garmina. Na zegarku złapałem czas 32:24. W praktyce był lepszy – 00:32:10.

Na dodatek pod koniec biegu bolała mnie lewa noga. Miałem wrażenie jakiegoś skurczu w łydce i przy chodzeniu odczuwałem ból. Spróbowałem porozciągać zmęczone biegiem mięśnie, ale ulga była niewielka.

Następny biegł Wojtek. W międzyczasie udało mi się dojść do siebie i robić za drużynowego fotografa. Stanąłem w miejscu pomiaru międzyczasów na jakieś 500m przed metą. Udało się jeszcze złapać Wojtka na pierwszym okrążeniu. Tak jak się spodziewaliśmy mocno podciągnął naszą drużynę i ukończył rywalizację z czasem 00:39:18.

Kolejnym reprezentantem blogaczy był Bartek. Przy żywiołowym dopingu blogaczy otarł się o życiówkę na 10km Z czasem 00:46:05 zabrakło mu zaledwie 26 sekund. Na koniec udzielił również wywiadu ekipie organizatora.

Potem do boju ruszył Kuba. Subiektywnie najszybciej pojawił się w miejscu fotografowania. Rewelacyjny występ okraszony życiówką na 5km 00:20:08.

Tuż po tym nieco przypadkiem udałem się na masaż wykonywany przez osoby z Carolina Medical Center. Trafiłem na łóżko obsługiwane przez dwie masażystki. Czułem się jak Król Julian :) Zarówno łydki jak i mięśnie czworogłowe były potwornie napięte.

Przegapiłem występ Krzyśka. Na szczęście reszta drużyny zadbała o doping i dokumentację fotograficzną. Uzyskał czas 00:23:39 i umocnił nas na wysokim miejscu.

Ostatnia biegła Ewa. Gorąco ją dopingowaliśmy a ona pobiegła w 00:24:59.

Sumarycznie przebieglimy maraton w 03:06:20 i zajęliśmy rewelacyjne 34 miejsce na 298 drużyn. Za rok będziemy chcieli zostać trójkołamaczami a to znaczy, że każdy z nas musi się poprawić o minutę i 5 sekund.

Impreza

Jeśli chodzi o organizację była bardzo dobra. Można się przyczepić do samej lokalizacji, która wymusiła koszmarne pokręcenie trasy oraz do ceny wpisowego (50zł za osobę). Sam pakiet startowy był przeciętny: bawełniana koszulka i chip do pomiaru czasu. Na mecie czekał na nas izotonik, woda oraz medal w kształcie koła.

Blogacze

Jeszcze raz chciałbym Wam podziękować za wspólny start. Jestem pod wrażeniem jak z grupy anonimowych ludzi staliśmy się zgraną drużyną. Naprawdę było miło Was poznać i czekam na kolejne wspólne starty.

Na koniec wspólne zdjęcie zrobione przez Hanię, którą mamy nadzieję zobaczyć za rok w naszych barwach.


Komentarze facebook:

comments

to “Blogacze – sztafeta maratońska – VII Accreo Ekiden 2011”

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.