Relacja XXXI Półmaraton Wiązowna – 21,095km

Odkąd dowiedziałem się, że moim zającem będzie Paweł zaczynałem przeżywać stres przedstartowy. Paweł nie trenował od jesieni, ale dysponuje znacznie lepszymi życiówkami ode mnie i ma przeszłość sprinterską. Postawił jeden warunek – jedziemy na życiówkę. Po programie Skarżyńskiego czułem się raczej zaczłapany niż pewny swoich umiejętności.

Z każdym dniem perspektywa szybkiego biegania była bardziej przerażająca. Oczyma wyobraźni widziałem siebie konającego ze zmęczenia tuż po półmetku… Przecież żeby to osiągnąć musiałbym biec szybciej i dłużej niż na Biegu Chomiczówki. Próbując oderwać się od czarnych myśli jadłem na potęgę. To znaczy ładowałem węglowodany. Makarony nawet dwa razy dziennie, owoce, nawet słodycze. Epilogiem tego była wielka porcja wegetariańskiego spagetti zakąszona owocami z puszki.

Taktyka na bieg

Mój plan maksimum: Pobić życiówkę. Żeby tego dokonać musiałem średnio na każdym km trzymać tempo 5:05/km. Planowałem zacząć wolniej 5:07-5:10/km a po półmetku biec 5:00-5:03/km. Do tego w zależności od samopoczucia na 3-5km przed metą rozpoczęcie finiszu.

Plan optimum: osiągnąć czas 1:50 minut.

Plan minimum: osiągnąć czas jaki Jurek Skarżyński podaje jako minimum dla osiągnięcia 4h w maratonie to 1:53:00.

Poranek

Nie spałem zbyt dobrze – na dodatek śniło mi się, że półmaraton był w sobotę :) Po przebudzeniu skorzystałem z dobrodziejstw usianej kolcami maty terapeutycznej. Wykonałem za jej pomocą masaż kręgosłupa. Stres lub wczorajsze przejedzenie spowodowały lekkie dolegliwości żołądkowe.  Nie eksperymentowałem z jedzeniem  – 2 banany, 2 pomarańcze popite zieloną herbatą a przed wyjściem z domu jeszcze izotonikiem..

Pogoda

Wg prognozy pogody maiło być około -5 stopni a na skutek wiejącego wiatru odczuwalna aż -9. To stawiało pod dużym znakiem zapytania mój plan maksimum.

Przygotowanie

Przed intensywnym biegiem należy się odpowiednio zabezpieczyć. Przed mrozem: tłusty krem na twarz, wazelina kosmetyczna na usta. Przed otarciam sudokrem na pachwiny i pachy, wazelina kosmetyczna na sutki.

Po tych nieco zbyt długich, ale ważnych rytuałach przedstartowych ruszyłem w kierunku ronda Starzyńskiego gdzie byłem umówiony z Pawłem. Bez problemu się znaleźliśmy o umówionej godzinie i ruszyliśmy prowadzeni nawigacją na miejsce zawodów.

Bez większych problemów dotarliśmy na miejsce i łatwo znaleźliśmy miejsce do parkowania. Około 9:30 znaleźliśmy się w Biurze Zawodów. Praktycznie od razu odebraliśmy numer startowy a potem na sali gimnastycznej ulotki, bawełnianą koszulkę oraz kalendarz biegów na 2011 r.

Dwie godziny minęły nam na chłonięciu atmosfery układaniu planu na bieg. Na pół godziny przed startem wyszliśmy na zewnątrz rozpoczynając rozgrzewkę.

Postanowiłem wypróbować na sobie patent z nowego numeru biegania na świetny zastępczy izotonik wzbogacony kofeiną. Rozgazowana Coca-Cola sprawdza się w tej roli znakomicie. Zawiera mnóstwo cukru(nierozcieńczona zbyt dużo jak na izotonik), a kofeina jest naturalną substancją poprawiającą  koncentrację jak i podobno spalanie tłuszczu.

Przed startem spotkaliśmy Bartka, dla którego to był pierwszy półmaraton i celował w nieco lepszy wynik 1:45:00. Zgodnie stwierdziliśmy, że spróbujemy początek pobiec razem.

Niestety tuż po wystrzale startera zorientowałem się, że mam rozwiązane sznurowadło. Roztrzęsionymi rękami ciężko mi było je zawiązać więc schowałem je do środka. Niestety nasz nowo poznany kolega był już na trasie.

Start.

Zaczęliśmy bardzo wolno -  5:30/km przebijając się przez tłumy biegaczy. Po dłuższej chwili udało się znaleźć we właściwym otoczeniu i wejść w nasz rytm.  5:05 – tak pokonaliśmy pierwszy km.

Jest dobrze. Podawałem Pawłowi bieżące tempo w sekundach a on starał się korygować swoje tempo. Sprzęt taki jak Forerunner to skarb na zawodach gdzie  biegnie się na wynik i nie ma oznaczeń kilometrowych, Tutaj były – mogłem więc porównywać jak bardzo jest on dokładny, Drugi kilometr był lekko z górki co zaowocowało świetnym tempem 5:02/km. Byłem wręcz przerażony jak łatwo nam idzie. Obawiałem się, że zbyt szybkie tempo na starcie spowoduje duży kryzys na końcowych kilometrach. Przed minięciem 2,5km zostaliśmy sfotografowani.

Zawodnicy biegnący 5km będą tu zawracać – my mamy przed sobą jeszcze długą drogę do półmetka.

Kolejny kilometr był już nieco wolniejszy 5:04/km. To nadal szybciej niż zakładałem w przedstartowej taktyce. Paweł jednak był nieugięty – jest dobrze. Biegniemy przecież po moją życiówkę. Czwarty kilometr był wreszcie bliski tego co zakładałem – 5:06/km. Biegło mi się dość lekko nie miałem problemów z oddechem i charakterystycznego dla większego wysiłku bólu w przeponie. Mój pulsometr wariował więc nie mogłem polegać na obiektywnych danych. Musiałem wsłuchać się w swój oddech i innych biegnących razem ze mną. Subiektywne odczucie było pozytywne – oddychałem lżej niż współzawodnicy.

Piąty km pokonany w 5:07. Jedna czwarta dystansu pokonana. Na razie mamy kilkanaście sekund nadróbki. Z utęsknieniem zacząłem poszukiwać wodopoju. Myśl o ciepłej herbacie z której słynie Wiązowna nie dawała mi spokoju. Na szczęście niewiele dalej pojawił się jej pierwszy punkt z napojami. Herbata była ciepła, ale nieco nieudolnie wypiłem zaledwie 2 łyki. Już zapomniałem jak korzystać z kubków w trakcie biegu. Tempo znacznie spadło i nie mogłem jakoś się odetkać z tej zadyszki spowodowanej piciem (jak się potem okazało biegliśmy nieco pod górkę). Skończyło się na 5:14/km. Wtedy inicjatywę przejął Paweł. Pobiegł przodem i zaczął kręcić nogami w zakładanym tempie. Starałem się trzymać blisko za nim, żeby choć trochę osłonić się od silnych porywów wiatru. Efekt był znakomity. Kolejny km pokonany w 5:05.

Na następnym kilometrze utrzymywaliśmy dobre tempo. Trzymałem się dość dobrze oddychałem miarowo, choć zaczął się lekki  ucisk na przeponę. 8km pokonany w 5:06. Na 9km nagle nogi same zaczęły się kręcić w niesamowitym tempie – zbiegaliśmy z solidnej górki.

Skoro trasa jest tam i z powrotem będziemy tam musieli wbiec.

Minęliśmy zawodniczki z czołówki.wśród nich była Agnieszka Gortel. One już miały za sobą najcięższy podbieg. Na początku zbiegu nasze średnie tempo na 9km podskoczyło do 5:02. Paweł namawiał do podkręcenia tempa i wykorzystania ukształtowania terenu. Nogi same pędziły a moje myśli były już przy podbiegu. Głośne syreny strażackie i duża liczba biegaczy biegnąca w przeciwną stronę uświadomiły nam, że półmetek jest już blisko. 10km pokonaliśmy w 4:56. W oddali zauważyliśmy nawrót. To już połówka dystansu. Byłem lekko podmęczony, ale byłem w stanie trzymać właściwe tempo. Właściwie nie czułem żadnego bólu w mięśniach. Po nawrocie skorzystałem z rozdawanej herbaty – tym razem była już chłodna i przygotowywałem się mentalnie na podbieg. Za chwilę nadejdzie chwila prawdy. W międzyczasie minęliśmy znak 11km . Kilometr zrobiony zgodnie z założeniami w 5:06. Przed górką przypominałem sobie, że podczas poprzedniego półmaratonu rozpoczęła ona chwile mojego kryzysu. Nie zamierzałem jednak się poddawać zacisnąłem zęby i z tym większą determinacją pędziłem pod górę.

Wbiegało się zdumiewająco lekko aż obaj byliśmy zaskoczeni.

Potwierdził to pomiar na 12km. Wbiegliśmy szybko w 5:05.

Następny kilometr był trudniejszy – czuliśmy w lekkie zmęczenie wspinaniem się pod górę. Obawiałem się, że historia się niestety powtórzy i kryzys właśnie się rozpoczął. Wynik po 13km to odzwierciedlał 5:08. Paweł odzyskał siły i zaczął nadawać mocne tempo. Ja  powoli traciłem oddech i poprosiłem, żeby tak nie pędził. Mimo tego czas był znakomity 15km pokonaliśmy w 4:57. Kolejny odcinek też był szybki trzymałem się obok kolegi i starałem się nie stracić do niego ani metra. 16km przebiegliśmy w 4:56.

Zdawało się, że najgorsze jest za nami – pozostało jedynie 5km. Na wodopoju schwyciłem herbatkę i tuż potem zaczął dopadać mnie kryzys. Czułem charakterystyczny ból w przeponie, walczyłem coraz mocniej o tlen. Poprosiłem, żeby tym razem naprawdę zwolnił. Biegłem z wyraźnym wysiłkiem. Byłem aż zaskoczony, że 17km pokonałem w  5:06. Chwilę dalej nie byłem już sam Paweł też przechodził kryzys.  Zwolnił, nie pytał o tempo. Przez myśl przemknęło mi żeby się zatrzymać. Czułem się totalnie wypruty z energii. 18km w 5:11 był najniższym wymiarem kary. Usiłowałem się motywować przecież to zaledwie 3km z lekkim haczykiem do mety. Szukałem zmęczonym wzrokiem kogokolwiek biegnącego przede mną, aby go ścigać. Odwracanie uwagi od zmęczenia przyniosły niezły rezultat. 19km w 5:08. Nie myślałem już o życiówce tylko jakby nie przerwać biegu. Podobne myśli zapewne krążyły po głowie mojego zająca. Powiedział, że nie warto już patrzeć na zegarek na tym etapie. A ja mimo tego patrzyłem i wściekałem się, że biegniemy tak wolno. Po drodze zobaczyliśmy innego zająca – Adama, który w poprzednim moim biegu półmaratońskim prowadził na 1:50. Tym razem nie udało mu się poprowadzić grupy na 1:40. Widać zające okazują się mieć ludzkie słabości. Moja sportowa złość eksplodowała na 20km, gdy poprzedni kilometr pobiegliśmy w zaledwie 5:16. Paweł wyczuł to i powiedział, że jeśli mam siły mogę zasuwać do mety. Uznałem, że nic złego nie może się już stać.

Mimo ogromnego zmęczenia byłem w stanie wykrzesać siły na znacznie szybszy bieg.

Zacząłem doganiać pozostałych zawodników a w oddali migotał mi transparent. Omyłkowo wziąłem go za znacznik mety.

Pędziłem co sił w nogach. Czerpałem tlen z całych sił a na mojej twarzy malował się potworny grymas bólu i zmęczenia,

Na chwilę obejrzałem się za siebie. To był błąd – zakręciło mi się w głowie tak mocno, że niewiele brakowało do upadku.

Jeszcze muszę wykrzesać ostatki sił. Nie jest źle pędzę na czas w okolicy życiówki.

20km pobiegłem w 4:58. Świetnie – jeden z najlepszych moich czasów w tym biegu. Teraz finisz – muszę wykrzesać z siebie jeszcze więcej. Przecież to zaledwie 95m!

Technicznie biegłem fatalnie, ale nie potrafiłem już inaczej.

Sięgałem kresu moich możliwości fizycznych biegłem już tylko głową.

Wreszcie linia mety. Jeszcze tylko kilka metrów…

Które dłużą się potwornie

Moja twarz mówi, że dałem z siebie absolutnie wszystko.

Ostatnie kroki.

Tak zrobiłem to – dobiegłem w dobrym czasie.

Komentator wyczytał moje nazwisko. Ukończyłem ten bieg :)

Tuż za linią mety schwyciłem się barierek, żeby nie upaść. Kilkanaście oddechów i byłem w stanie pójść do strefy zwycięzców. Raczej nie pobiłem mojej życiówki, ale zrobiłem świetny wynik. Gdy ja odbierałem mój medal i wodę Paweł kończył swój bieg. 30 sekund to niewiele, ale bardzo dużo biorąc pod uwagę, że zyskałem ją na ostatnim kilometrze.

Byłem wykończony fizycznie. Wziąłem kilka łyków lodowatej wody i zaczekałem na Pawła. Stwierdził, że jest potwornie głodny więc wróciliśmy do szkoły. Tam wypita woda podeszła do gardła – wysiłek był naprawdę ekstremalny. Na szczęście po chwili doszedłem do siebie i miałem okazję skosztować pysznego żurku i bigosu.

Było dość ciasno, ale udało się znaleźć kawałek korytarza gdzie spożyliśmy smaczny posiłek. Na koniec napiliśmy się gorącej czekolady i wróciliśmy do domów.

Statystyka

Czas brutto: 01:49:06

Czas netto: 01:47:46

Miejsce: 621

Klasyfikacja wiekowa: M30/239

Miejsce wśród mężczyzn: 587

Średnia prędkość: 11.74 km/h

Międzyczas na 5km: 00:26:51

Miejsce na 5km: 702

Międzyczas na 10km: 00:52:40

Miejsce na 10km: 643

Międzyczas na 16,1km: 01:23:25

Miejsce na 16,1km: 632

Podsumowanie

Ze swojego startu jestem bardzo zadowolony. Trudne warunki pogodowe z zimnym wiatrem, pagórkowata trasa a mimo to zaledwie 22 sekundy zabrakło do rekordu życiowego. Żałuję słabo przebiegniętego odcinka od 17 do 19km. Gdyby tam udało się utrzymać zakładane tempo miałbym życiówkę.

Sam wynik jest moim zdaniem rewelacyjny i dobrze rokuje przed maratonem Dębno. Złamanie czterech godzin jest teoretycznie w moim zasięgu.

Ocena imprezy

Organizatorzy zasłużyli na pochwałę – właściwe trudno cokolwiek im zarzucić.

Na minus można zapisać szatnię dla mężczyzn, która była na głównej części sali. Jedynie część dla kobiet była oddzielona od reszty.

Na plus:

  1. Tanie wpisow 40zł to o połowę mniej niż w Warszawie
  2. Świetne oznaczenie biura zawodów, szatni.
  3. Wyznaczenie stref czasowych na starcie
  4. Oznaczenia kilometrowe na trasie.
  5. Ciepła herbatka na trasie (nieodczuwalny brak izotoników)
  6. Smaczny i syty posiłek regeneracyjny
  7. SMS z wynikiem po zakończeniu biegu

Naprawdę jestem pod wrażeniem profesjonalizmu organizatorów. Świetna impreza biegowa. Chciałbym tu pobiec za rok.


Komentarze facebook:

comments

to “Relacja XXXI Półmaraton Wiązowna – 21,095km”

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.