Upadek – XI tydzień przygotowań

Miało być tak pięknie  – powrót do biegania, mocne regularne treningi. Zamiast tego jest kontuzja i kolejna przerwa. Mój upragniony maraton oddala się coraz bardziej o Warszawie mogę zapomnieć. Świeci iskierka nadziei na przesunięte Dębno…

Wtorek

Po niedzielnym wybieganiu czułem się ociężały. Teoretycznie 1 dzień i przerwy powinien wystarczyć na regenerację, ale miałem duże obawy czy dam radę zrobić trening we właściwym tempie. Obudziłem się trochę za późno, ale szybko zebrałem się do biegu. To będzie pierwszy mocny trening po przerwie -  3 x 1,5 mili z przerwami 400m. Wczoraj przez Warszawę przeszła wichura, ale w mojej najbliższej okolicy nie widziałem jej skutków. Jeszcze przed wbiegnięciem do lasu napotkałem na dużą gałąź leżącą na chodniku. W lasku na Kole było jeszcze gorzej. Powyłamywane drzewa leżące wśród ścieżek wytrącały mnie z rytmu, ale stwarzały wrażenie biegania po jakiejś puszczy. Pierwszy interwał biegłem w 5:11. Trochę mi się dłużył, ale dałem radę utrzymać tempo. Z dużym zainteresowaniem przyglądałem się mojemu tętnu.  Na zakończenie odcinka – 173. Jest ok. Krótki odpoczynek  i spadek tętna do 146. Podczas kolejnego nogi robiły się coraz cięższe i tempo spadło do około 5:30. Forerunner przypomniał o właściwym tempie komunikatem speed up! Starałem się przyspieszyć i przez chwilę mi się to udało by po chwil znowu spadać do granicy. Mimo chęci przyspieszenia uparcie zwalniałem. Wtedy pojawiła się myśl czy na tym nie poprzestać. Zacząłem sam siebie usprawiedliwiać, że to pierwszy mocny trening, więc nie można tak ostro. Rozsądek mi to podpowiadał czy lenistwo? Drugi głos mówił o tym, że mam niewiele czasu i wykorzystać go jak najlepiej umiem. Przełamałem więc niechęć i wystartowałem jak z procy. Po kilku metrach biegu zauważyłem, że pędzę 4:45/km! Przeszkoda z powalonego drzewa mnie nieco wyhamowała i od tamtej pory trzymałem tempo w granicach 5:00/km. Ze zdumieniem obserwowałem stałe tempo i malejący dystans. Na ostatnich 500m dałem radę wykrzesać z siebie więcej i doszedłem do 4:00/km :) Nie ma wątpliwości, że to mój leń próbował mnie przekonać do odpuszczenia biegu. Rzut okiem na tętno 192. Zupełnie dopuszczalne na depnięciu na ostatnich metrach. Na koniec na sztywnych nogach trucht do domu. Jestem z siebie dumny :)

W trakcie dnia w pracy zaczęła mnie boleć pięta. Tak jakbym gdzieś uderzył.  Obawiałem się najgorszego, ale nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Pod wieczór rozmasowałem sobie sztywne łydki. Na koniec szykując się do snu postanowiłem zbadać co tak na prawdę mnie boli. Zapytałem małżonkę (masażystkę):  – Gdzie znajduje się dolny przyczep ścięgna achillesa? – Na guzie piętowym. Czyli gdzie możesz pokazać na tej nodze. -Tu. Aż wrzasnąłem z bólu. To czego nie dopuszczałem do myśli okazało się prawdą. Wysmarowałem maścią Fastum i czekałem na poranek, może będzie lepiej?

Środa

Obudziłem się bez bólu, dopóki nie postawiłem stopy na podłodze było dobrze. Pierwszy krok był potworny. Z każdym kolejnym ból był mniejszy i dawał się oswoić. Było nieźle, chciałem sprawdzić czy możliwe jest lekkie roztruchtanie. Rozgrzewka wykonywana w miejscu nie dawała oznak bólu. Gdy jednak próbowałem rozpocząć trucht ból powrócił. Rokowania są kiepskie – co najmniej tydzień z głowy. Jutro idę do lekarza.

Czwartek

Wizyta u ortopedy, małomównego, ale przynajmniej badającego dość dokładnie. Diagnoza zapalenie kaletki ścięgna achillesa.

Wskazania:

  • Odpuszczenie treningów do czasu ustąpienia bólu (około tygodnia)
  • Noszenie podpiętka do codziennego obuwia celem odciążenia ścięgna achillesa
  • Leki Dicloratio Uno 150mg oraz osłonowo Polprazol
  • Smarowanie bolącego miejsca maścią przeciwzapalną np. Fastum

Podsumowanie

Jeśli pojawia się kontuzja musi pojawić się refleksja co było jej przyczyną.  Wydaje mi się, że spokojne wejście w rytm treningów było zrealizowane właściwie. Miałem co prawda uczucie ciężkich nóg i niedostatecznego odpoczynku, ale główną przyczynę upatrywałbym gdzie indziej.

To dziwnie zabrzmi, ale moim zdaniem wszystko przez wichurę. Powalone drzewa leżały wzdłuż ścieżek a przeskakując nad nimi wykonywałem pracę do której mięśnie, ścięgna nie były przyzwyczajone. Kamyczek do kontuzji dołożyłem nie wykonując ćwiczeń rozciągających po etapie truchtu.

Na koniec piosenka, która chyba najlepiej oddaje mój stan. Lipali – Upadam.

Choć upadam – wiem, że mogę przebiec maraton. Zrobię to wcześniej czy później.


Komentarze facebook:

comments

to “Upadek – XI tydzień przygotowań”

  • Midi Says:

    Uuu, Achilles to bolesna sprawa, coś o tym wiem… Mam nadzieję, że będziesz miał szybszą rekonwalecjencję niż ja… Przy zapaleniach warto sobie pod wieczór, kiedy już nie planujesz chodzenia, robić zimne okłady – woreczek z lodem albo coldpack na 15 minut.

  • michal Says:

    Trwa to już sporo czasu. Optymistycznie w październiku pesymistycznie w listopadzie wrócę do biegania.
    Na patent z coldpackiem wpadłem w tym tygodniu – faktycznie przynosi dużą ulgę.

  • Mateusz z run.blog.pl Says:

    Ouuu już widzę o co chodzi :/ Współczuję z całego serca.

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.