5 Półmaraton Warszawski – debiut – 21,0975km

Poprzedni dzień zakończyłem cudownym masażem, który rozluźnił moje mięśnie przed biegiem. U mnie przynosi to cudowne rezultaty. Zwykłe biegowe przypadłości nie przypominają o sobie w trakcie startu.

Wstałem około 7 rano nowego czasu. Tej nocy mieliśmy zmianę czasu więc spaliśmy o godzinę krócej. Przygotowałem sobie moje śniadanie przedstartowe: pokroiłem 3 banany , dodałem 3 łyżeczki miodu i wypiłem zieloną herbatę na pobudzenie. Dzień wcześniej przygotowałem ubrania a na ranek pozostawiłem sobie jedynie przyczepienie numeru startowego. Spakowałem plecak i wyjrzałem przez okno. Moim oczom ukazało się bezchmurne, niebieskie niebo. Jak cudownie – nie wierzyłem po tym co zobaczyłem wczoraj, że mój debiut przypadnie w tak słoneczny dzień. Ubrałem na siebie strój i nałożyłem na to ciepły dres. Do plecaka oprócz ręcznika i izotoników spakowałem buty na zmianę oraz spodnie dresowe i koszulkę z długim rękawem. Przed wyjściem wypiłem szklankę izotonika. Około 8:30 wyjechaliśmy z żoną na zawody. Po drodze wypiłem 750 ml Oshee. Na miejscu byłem przed 9:00. Opiłem się jak smok – więc moje zwiedzanie miasteczka maratońskiego rozpocząłem od wizyty w toalecie. Niebo nadal pozostawało bezchmurne. Kto by pomyślał, że jeszcze wczoraj prognozowano deszcz od 11:00?

Znaleźliśmy miejsce na słoneczku i wygrzewaliśmy się. Było na tyle ciepło, że bez wahania zdecydowałem się na krótką wersję stroju, Na górę 2 koszulki – jedna na ramiączka a druga z krótkim rękawkiem, na dół krótkie spodenki. Na 30 minut przed startem przebrałem się i oddałem plecak do depozytu.

W drodze powrotnej kolejny raz odwiedziłem toaletę. Rozgrzewkę rozpocząłem późno – około 20 minut przed startem, wygibasy, przebieżki skipy przekładanki, przyspieszenia, trochę rozciągania.

Na wszelki wypadek udałem się  kolejny – już trzeci raz do toalety. Na pewno jestem wystarczająco nawodniony. Na 5 min przed 10:00 ustawiłem się na start. Wielu ludzi trzymało baloniki – jak tu dostrzec balon i tabliczkę zająca? Zapytałem jak daleko stoją. Usłyszałem, że około 100m dalej stoi pacemaker na 2:15 pewnie 200m dalej na 2:00. Tłum był bardzo gęsty – więc przeciskanie się było prawie niemożliwe. Trochę sam jestem sobie winien – przyszedłem zbyt późno na start. Przed startem wysłuchaliśmy nieoficjalny hymn Warszawy. Spodziewałem się jakiejś pieśni patriotycznej – może Warszawianka? Nieźle by pasowała: "Oto dziś dzień krwi i chwały" :) Okazało się, że jest to piosenka Czesia Niemena -" Sen o Warszawie". Część osób głośno odśpiewała hymn a ja w głowie układałem plan na bieg. Odległość do pacemakerów na tyle duża, że mój plan spokojnego startu nie wchodził w rachubę. Ustawiłem iPoda na półmaraton i czekałem na start.

Odliczanie i strzał – na moim zegarku 10:01 z głośników popłynęła piosenka "Pump it up". Starałem ustawić się jak najbliżej prawej strony – tak umówiłem się z moim fotografem. Tam było też trochę luźniej co pozwoliło łatwiej rozpocząć bieg. Wreszcie o 10:04 przekroczyłem linię startu. Ruszyłem więc 3 minuty później, co przy lekkim przyspieszeniu w końcówce powinno mi dać upragniony czas 1:55:00 netto. Teraz tylko pozostaje mi dogonienie zająca na  2:00:00. Było bardzo ciasno – przeciskałem gdzie się dało: po krawężnikach, chodnikach.

Zauważyłem Maję ona mnie nie. Nawet jak próbowałem krzyknąć, ale ona nadal była zapatrzona gdzieś dalej. Nie dziwię się – w takiej ludzkiej masie ciężko jest wypatrzyć jednego człowieka. Na dobiegu do Świętokrzyskiej zauważyłem w oddali żółty balonik i biegnącą tabliczkę 2:15.. To zmobilizowało mnie do dalszego przyspieszenia. Po chwili dziwny komunikat – one mile completed. Kurcze moje urządzenie liczy w milach! Pamiętajcie pod żadnym pozorem nie włączajcie programów predefiniowanych iPod. Są one ustawione są na mile! Ustawienie domyślnej jednostki miary na kilometry nie pomaga. W ten sposób pozbawiłem się narzędzia do monitorowania tempa. Jedyną możliwością było dopadnięcie pacemakera – więc goniłem go jeszcze szybciej.

Na krótkim odcinku Marszałkowskiej jedna z biegaczek miała napis na plecach "goń króliczka" dolepiony ogonek i uszy w ręku. Szkoda, że nie jest moją pacemakerką :)

Na skręcie w Królewską zauważyłem kolejny balonik – to chyba na 2:00:00. Zbliżyłem się i wyprzedziłem dość dużą grupę biegnącą na ten czas. Zauważyłem Maję, ona mnie też, ale wydawało się, że zbyt późno na zrobienie zdjęcia.

Po chwili zauważyłem, że peleton mam 200 metrów za mną. To tempo jest dla mnie zbyt wolne. Postanowiłem lekko przyspieszyć, żeby nie odkładać nadrabiania czasu na Wisłostradę. Na skręcie w Miodową dostrzegłem widziałem już zająca na 1:50!

Nie wierzyłem własnym oczom. Czyżbym znowu przesadził z tempem na początku? Na to wyglądało. Zbliżałem się do niego bardzo powoli – więc uznałem, że to moje docelowe tempo. Czułem się w nim naprawdę dobrze: oddychałem spokojnie, nogi pracowały równym rytmem. Obiecałem sobie, że będę go pilnował i nie będę wyprzedzał. Minęliśmy pierwszych bębniarzy a mi zaczęły lekko wysychać usta.

Będąc już na wyciągnięcie ręki od pacemakera wpadłem na punkt odżywiania i popełniłem dwa błędy debiutanta. Po pierwsze: zatrzymałem się przy pierwszym stoliku, gdzie obsługa nie nadążała z napełnianiem kubeczków. Po drugie: Chwyciłem niecałe pół butelki i starałem się wypić całą zawartość. Wystartowałem do biegu w trakcie niego sporymi łykami zacząłem pić Powerade. To było zdecydowanie za dużo jak dla mnie. Na podbiegu na Most Gdański szybko zrobiło mi się niedobrze. Wydaje się, że jeszcze niestrawione śniadanie zmieszało się z mdląco – słodkim smakiem izotonika. Wyrzuciłem resztkę napoju na ulicę uważając by nikogo tym nie oblać. Słyszałem historie o wymiotujących izotonikiem maratończykach. To nie wydaje być się trudne do osiągnięcia.

Na Moście Gdańskim minęliśmy drugą już bramka pomiaru czasu(6km). Byłem ciekawy czy moi rodzice śledzili moje poczynania za pomocą wysłanego mailem linka. Zbieg z mostu podziałał kojąco. Uspokoiłem oddech. Będąc już na dole mozolnie odrabiałem metry dzielące mnie do balonika. Minąłem 7km – to jedna trzecia dystansu a ja nie czułem się w pełni sił. Nadrobiłem stracony dystans na dopiero na wysokości Mostu Śląsko – Dąbrowskiego. Trzy kilometry pogoni po przystanku na pierwszym postoju. Na pewno kolejny muszę zrobić szybciej.

Chwilę dalej nastąpił trudny fragment trasy – podbieg pod Most Świętokrzyski. Niby łagodny, ale długi i zdradliwy. Tempo lekko spadło a balonik nico odfrunął. Po przebiegnięciu przez kolejną bramkę pomiarową (9km) i dotarłem punkt odżywiania. Na tym przystanku nie straciłem tyle czasu co poprzednio. Wypiłem jedynie 3 łyki i znowu wylałem część napoju. Tym razem organizm nie zbuntował się. Nie obserwowałem jednak żadnego przypływu sił. Po chwili wbiegłem na Most Świętokrzyski. Z niego rozciągał się cudowny widok na bezchmurne niebo i skąpaną w słońcu Wisłę. Po raz pierwszy coś odwróciło moją uwagę od walki z sobą i czasem.

Odczuwałem już lekkie zmęczenie i obawiałem się podbiegu za mostem. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że będziemy się wspinać w górę ulicą Tamki. Ku mojej radości pobiegliśmy po płaskim. Sprawdziłem sobie czas na 10km – niecałe 48 minut! To mój życiowy rekord! Sprawdziłem moje samopoczucie. Oddech był miarowy, prawe kolano nie dokuczało, byłem jedynie lekko zmęczony. Drugie tyle przede mną. Teraz najważniejsze to trzymać rytm. 

Biegnąc ul. Rozbrat zbliżyłem się do balonika na wyciągnięcie ręki i przez długi czas trzymałem się blisko. Następny wodopój był naprzeciw stadionu Legii. Zbiegłem do lewej strony po napój. Tym razem wolontariusz był nadgorliwy – nalał prawie cały kubek. Wypiłem 3 łyki i resztę z żalem wylałem. Balonik znowu lekko się oddalił a ja musiałem nadrabiać stracone sekundy. Ciężko jest robić te przerwy na chód, bo przez dalszą część dystansu musimy mocniej pracować. 

Zaczęła mnie boleć prawa stopa. Nie wiem czy przez niewygodny but czy też zagiętą skarpetkę. To potworne doznanie: krok za krokiem czuć ten sam ból wiedząc, że jeszcze kilka tysięcy pozostało do mety. To moja pierwsza próba w drodze do bycia maratończykiem. Próbowałem poruszyć nogą, aby ułożyć skarpetkę, ale ulga była niewielka. Starałem się o tym nie myśleć – tylko obserwować balonik. Po chwili biegłem już w linii z pacemakerem patrząc jak pracuje. Cały czas w jednej ręce niósł tabliczkę – więc to duży wysiłek. Wydawało mi się, że będzie dysponował urządzeniem odmierzającym odległość za pomocą GPSa by określić precyzyjnie tempo i czas. Rozwiązanie tego problemu było dużo łatwiejsze. Używał zwykłego stopera oraz opaski na ręku z czasem jaki powinien osiągać na poszczególnych kilometrach. Na 14 km byliśmy przed czasem. Jak dobry autobus nie spóźniamy się. Już 2/3 trasy za mną. Teraz jedynie 7km. Praktycznie na każdym treningu robiłem takie dystansy. Pocieszałem się więc, że nie będzie żadnego problemu.

Wbiegliśmy do tunelu.  Oczy nieprzyzwyczajone do ciemności dłuższą chwilę adoptowały się do otoczenia. Nie było słychać żadnej muzyki jedynie dodawaliśmy sobie otuchy głośnymi okrzykami, które tunel niósł głośno. Nie wiem dlaczego, ale przyspieszyłem wyprzedzając balonikowego. Trzymałem się tak aż do mostu Śląsko-Dąbrowskiego na około 16km.

Zaczęło mi brakować sił i wiary, że mogę dociągnąć w tym tempie do mety. Często mówi się, że ściganie na półmaratonach rozpoczyna się na 5km przed metą. Mi tutaj brakowało już siły. Wróciłem więc do peletonu, aby ścigać żółty balonik. W oddali widziałem parasolki wodopoju i odcinek trasy, którego najbardziej się obawiałem – podbieg na Sanguszki. Wypiłem napój krótko maszerując i rozpocząłem swoją chwilę prawdy.

Podbieg był krótki i niezbyt wymagający, ale na tym etapie każdy większy wysiłek przychodzi z trudem. Na bramkę pomiarową na 18km wpadłem jeszcze w peletonie i od tego rozpoczęło się moje "umieranie".

Pacemaker powoli oddalał się ode mnie a ja nie miałem siły na nic. Próbowałem sobie tłumaczyć, ze to jedynie 3km i jakieś 15 minut biegu. Trasa dłużyła się potwornie – momentami moje nogi miały ochotę się poddać i zatrzymać się.

Biegłem tylko głową. Tak chyba wygląda maratońska ściana. Nerwowo spoglądałem na zegarek. Kiedy wreszcie skończy się moja męka?

Widziałem jeszcze balonik – nie uciekł mi daleko, ale jego złapanie wydawało się niemożliwe. Minąłem tabliczkę z numerem 20. Jeden kilometr i sto metrów!  Kiedy, kiedy kiedy ta końcówka? Nie czułem już bólu w stopie, nie czułem bólu mięśni starałem się siłą woli nie przestawać się ruszać. "400 meters to Go" poinformował iPod – nie wierzyłem mu na pewno kłamie. Na nawet ciężkich treningach byłem w stanie wykrzesać z siebie więcej. Nie tym razem. Biegnę dalej i staram się nie zwracać uwagi na kolejne komunikaty. Czemu na koniec nie ma oznaczeń ile metrów zostało? Powinno być!

Wreszcie – wybiegam na ostatnią prostą, widzę w tłumie moją żonę i staram się wykrzesać z siebie jakąś resztkę sił, skorzystać z zasad chi running, wydłużyć krok.

Na niewiele mi się to zdało przyspieszenie było minimalne, ale przybliżyłem się do balonika.

To jednak nie ja biegłem szybciej, to zając zwolnił.

Prowadził nas z zapasem – teraz jestem mu za to wdzięczny. Nad bramą licznik, wskazywał 1:49.

Złamię 1:50 brutto! Ostatnie kroki, podnoszę ręce w górę i przekraczam linię mety.  Nie mam siły na uśmiech.

Po przekroczeniu mętnym wzrokiem szukam wolnego miejsca i staję w kolejce po medal, wyłączam stoper. Jeszcze czas biegnie na iPodzie, którego nie jestem w stanie wyłączyć. Zdejmuje IPoda i drążcymi rękami wyłączam. Zastygam w miejscu i próbuję wrócić na ziemię. Z trudem podchodzę do wręczenia medalu. Mój wysiłek został wynagrodzony. Zdezorientowany idę w kierunku szatni, ale widzę, że część osób podchodzi do namiotów i wracają z napojem. Może uda sie złapać inny smak od niebieskiego /leśnego Powerade. Jeszcze woda na obmycie rąk. Powoli dochodzi do mnie czego dokonałem. Spełniłem swoje marzenie, przekroczyłem oczekiwania, pokonałem zmęczenie.

Rozciąganie kończyło się bolesnymi skurczami. Na dodatek pomyliłem kolejki do szatni. W międzyczasie zauważyłem pacemakera stojącego w kolejce do depozytu. Podziękowałem mu, dzięki niemu dobiegłem. Odrzekł, że dzięki sobie. Niby tak, ale jest niewielu, którzy rezygnując z wyniku i własnych ambicji pomagają innym. Wypiłem izotonik i powędrowałem w umówione miejsce spotkać się z żoną. Wyściskała mnie i powiedziała gratuluję :) Wtedy wreszcie poczułem się z siebie dumny. Zrobiliśmy krótką sesję fotograficzną.

Z trudem i bólem porozciągałem się, porozmawiałem z przemiłym Panem, też jak się okazało biegaczem na temat butów tralowych i udałem się do domu.

Podsumowanie

Osiągnąłem więcej niż mogłem przypuszczać. Wszystkie symulacje mówiły o czasie 1:55:00 netto  jako maksimum moich możliwości. Pobiegłem szybciej – 01:49:48 brutto 01:47:24 netto. Brzmi to nadal dla mnie niewiarygodnie, ale świadczy o tym, że wiele zależy od solidnie przepracowanych treningów. Zająłem 1385 miejsce na 3529 zawodników, którzy ukończyli bieg. Moje międzyczasy odpowiednio na 3, 6, 9 i 18km: 00:16:56 00:32:00 00:46:46 01:33:48.

Z drugiej strony nie zrealizowałem swojej strategii zaplanowanej na ten półmaraton. Muszę być dużo bardziej konsekwentny w trakcie maratonu, bo nie będę w stanie dobiec do mety. Ten kryzys na 18km wynikał ze zbyt szybkiego startu i niepotrzebnego wyprzedzania pacemakera. Sam siebie nie poznaję na zawodach – biegnę ile mam sił w nogach i płucach. Taktyka i konsekwencja w jej realizowaniu to musi mnie charakteryzować.

Na koniec muszę wspomnieć o drobnych urazach jakich się nabawiłem: obtarte pachy przez twardą koszulkę na ramiączka, dwa burchle: jeden na prawej stopie, drugi na prawym achillesie, krwiak na drugim palcu na prawej stopie. To niewielka cena za taki wynik.

Zdjęcia do udokumentowania biegów to miks własnych zdjęć oraz znalezionych na stronach maratonczyk.pl, fotomaraton.pl, biegnij.com, maratonypolskie.pl.


Komentarze facebook:

comments

to “5 Półmaraton Warszawski – debiut – 21,0975km”

  • szoko Says:

    trafiłem tu przypadkiem, 27 marca startuję w swoim pierwszym półmaratonie i wiem po Twoim tekście co mniej więcej mnie czeka! :)

  • michal Says:

    Powodzenia w walce ze sobą :)

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.