Wiosenne przesilenie – 15km

Szczerze mówiąc to bałem się tego biegu. W trakcie poprzednich interwałów nabawiłem się bólu w lewej kostce i prawym udzie. Do tego miałem problem ze znalezieniem ciekawej trasy do długiego wybiegania. Zwykle robię je w Lasku na Kole jednak po tym, co zobaczyłem wczoraj wydawało się to ryzykowne. W lesie śnieg jeszcze się nie rozpuścił, był nierówny i grząski a w parku na ścieżkach stał rozpuszczający się lód. Myślałem nawet o trasie warszawskimi ulicami w kierunku Bemowa, ale porzuciłem ten pomysł ze względu na liczne światła na jakie będę musiał się natknąć. Pozostaje więc park Moczydło – kółko 2,1-2,2km, mnóstwo ludzi, ale przynajmniej blisko do domu.

Rano obudziłem spragniony szybko wypiłem 2 szklanki wody i jeszcze przed wyjściem z domu trzecią. Zatankowany pod korek rozgrzałem się w domu i udałem na bieg. Było ciepło słonecznie, ale wiał silny wiatr.

Większość trasy była już sucha za wyjątkiem jednego oblodzonego miejsca, gdzie spływała woda ze stoku. Dystans jaki mam przebiec  17,7km to jakieś 9 okrążeń. W trakcie biegu starałem się wrócić do zasad chi-running, ale wychodziło mi to jedynie fragmentami.

Na całej długości trasy przeciskałem się przez tłumy ludzi spieszących na targowisko zorganizowane na stadionie Olimpii Warszawa. Przypomina to allegro dla starszych. Czego tu nie ma – stare zabawki, chlebaki, dywany, stare książki. Mam wrażenie, że okoliczni mieszkańcy wynoszą co jest im zbędne z domu i próbują tym handlować. Samochody parkują gdzie się da i gdzie się nie da. Straż miejska próbuje nad tym zapanować wręczając co chwila mandaty.

Pierwsze kółko zrobiłem, ale nie było łatwo i przyjemnie. Odkąd nadeszła wiosna czuję się bardziej ospały, bez formy. Poprzednio treningi sprawiały mi dużą radość, a teraz tylko męczą. Martwi mnie to tym bardziej, że w piątek zapisałem się na start do półmaratonu warszawskiego. W sobotę dostałem nawet numer 6913.

Męczyłem się dużo mocniej jak zwykle a sama świadomość ilości kółek nie mobilizowała do szybkiego biegu. O dziwo nawet dłużyło mi się. Chciałem mieć to jak najszybciej za sobą. Za każdym kółkiem musiałem przeciskać się pomiędzy ludźmi wędrującymi wokół bazaru. Część z nich nie zwracała na nic uwagi oprócz własnego nosa, więc chętnie korzystałem z trawników..

Na trzecim okrążeniu miałem już tak tego dość, że rozważałem koniec biegu. To byłoby nieprzyzwoicie mało. Próbowałem się mobilizować, żeby przebiec co najmniej 10km. "Robisz tyle w tygodniu, a dzisiaj w tą piękna pogoda nie dajesz rady?" Dodatkowo zadania nie ułatwiał porywisty wiatr szalejący na połowie trasy. Z każdym powiewem czułem znaczny ubytek sił. Nic – co mnie nie zabije to mnie wzmocni.

W połowie dystansu zaczęło doskwierać prawe kolano. Zwykle ból narastał z dystansem, jednak tym razem postanowił jedynie o sobie przypomnieć.

Na dodatek jakiś "miły"człowiek zablokował swoim cudownym autem chodnik chcąc zaparkować na trawniku. Czy naprawdę musimy wszędzie na miejsce dojechać samochodem? Nie lepiej zaparkować trochę dalej i przejść się po powietrzu? Jak widać najchętniej dojechalibyśmy swoim autem wprost na kanapę w salonie.

Około 12km już wyraźnie opadłem z sił, nawet lekko zakręciło mi się w głowie. Czyżbym spalił całe węglowodany biegając na czczo i właśnie zmierzyłem się ze słynną maratońską ścianą? Skoro tak to wygląda to muszę przebiec jeszcze jedno okrążenie – tak dla siebie, żeby nie dać się złamać. Było mi bardzo ciężko, ale się udało. Widząc ostatnią prostą nawet przyspieszyłem. Przebiegłem Niecałe 15km a namęczyłem się solidnie. Od dzisiaj wybiegania nie będę robił bez lekkiego śniadanka.


Komentarze facebook:

comments

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.