Wiosenne interwały – 10km

Wiosnę czuć w powietrzu: śnieg znika w oczach, słonce coraz śmielej wygląda zza chmur  a ja nie czuję się najlepiej. Odpuściłem poprzedni trening przez objawy jelitówki (grypy żołądkowej). Żona złapała ją w niedzielę a ja czekałem kiedy i mnie dopadnie. Skończyło się na jednym wieczorze biegunki, ale do pełni dobrego samopoczucia wiele mi brakuje.

Na dworze było ciepło około 6 stopni. Dzisiaj czeka mnie terenowy interwał 4×4 :)


Rozpocząłem wyjątkowo spokojne  slalomem pomiędzy kałużami. Po 500m przyszło mi biec przez błotnisty fragment, na dodatek po ciemku, bo okoliczne latarnie się nie zapaliły. Musiałem uważnie patrzeć pod nogi. Dwie wielkie kałuże stanowiły dla mnie urozmaicenie, bo nie byłem w stanie ich obiec.  Pokonywałem więc je dość dużymi skokami.

Mimo lepszej przyczepności ciężko mi było złapać równowagę i rytm biegu. Na 2km ostatnie (ileż razy mi się to wydawało) metry po topniejącym, głębokim śniegu. Ulicą dobiegłem do 3km i rozpocząłem harówkę.

Pierwszy interwał jakoś bez przekonania, szybko, ale z zachowaniem rezerwy na później. Przez kolejne 3 min udało się odpocząć.  Kolejny przebiegłem trochę szybciej, ale też byłem zamyślony. Spokojnie po 3 min doszedłem do siebie. Trzeci był wreszcie mocniejszy – potrzebowałem po prostu dodatkowej motywacji. Nic mnie tak mocno nie motywuje jak biegacz na horyzoncie. Wtedy robię wszystko, żeby go dopaść. Udało się go wyprzedzić i podtrzymać dalej to tempo. Ledwie dotrwałem do końca interwału. Serce mało mi nie wyskoczyło. W czasie przewidzianym na odpoczynek nie uregulowałem oddechu. Czwarty i ostatni interwał pokonałem wolniejszym tempem z zadowoleniem, że to już koniec.

Ostatnie 1,5km odpoczywałem przyspieszyłem jedynie na samo zakończenie. Średnie tempo w okolicach 5:41/km więc bez rewelacji.


Komentarze facebook:

comments

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.