Interwały po raz pierwszy – 8km

Sobota rozpocząłem od śniadania: lekki serek wiejski + kanapki z dżemem. W planach była wcześniejsza pobudka, ale włączyło się mi weekedowe lenistwo. Po wizycie stolarza założyłem rajtki na tyłek i na dwór. Zrobiło się cieplej – temperatura oscylowała wokół zera. Po raz pierwszy zastanawiałem się czego by tu nie założyć. Powróciłem więc do jesiennej czapki, jednej pary rękawiczek oraz 2 warstw na dole.  Z przyzwyczajenia zrobiłem rozgrzewkę w domu. Do wyposażenie dołożyłem jedynie zegarek – przyda się do treningu tempowego. Mam właśnie taki zaplanowany na dzisiaj.

Na dworze było naprawdę ciepło, szczególnie porównując do czwartku.  Śnieg na chodnikach jeszcze nie topniał, więc nie biegłem po brei. Z nowości to MPO postanowiło wreszcie zadbać o swój ogródek i odśnieżyć chodniki wokół własnej posesji.. Narzuciłem mocne tempo choć we wskazówkach napisano wyraźnie, że bieg ma być lekki. Po 1 km dobiegłem do lasku. Ścieżki  były wyraźne, wydeptane, choć miejscami śliskie. Tempo nadal było wyśmienite – lekko powyżej 5:00/km  Obiecywałem sam sobie zwolnić na następnym km. Po drodze miła pani ustąpiła mi miejsce na ścieżce. Podziękowałem z uśmiechem:)

Na 2km starałem się zwolnić, aby mieć siły przed interwałami. Dość szybko na liczniku pojawił się 3km.  Wyczekałem na prosty fragment ścieżki i ruszyłem. Nie spodziewałem się, że 2 minuty to tak dużo jak na szybki bieg. Kilka razy  z niecierpliwością spoglądałem na zegarek. Starałem się oddychać nosem, ale brakowało mi powietrza. Sygnał alarmu – nareszcie.  Zwolniłem i starałem się w kolejne 2 minuty złapać oddech, unormować bicie serca. Po minucie już wiedziałem, że nie będzie to proste.

Zegarek zadzwonił i kolejny raz ruszyłem w galop. Tym razem było ciężej, ale udało się dotrwać do końca. 2 minuty odpoczynku i 3 raz. Biegłem z bólem na twarzy -  doskwierała mi kolka w lewym boku. W głowie pojawił się dawno nie słyszany głos: Odpuść sobie – nie dasz rady. Zacisnąłem zęby i przetrwałem. Oddech był bardzo szybki i płytki. Na pewno nie uda mi się go złapać do kolejnego interwału. Lekko noga za nogą człapałem do kolejnej męki.

Na dodatek zaatakowały mnie psy. Właściciel nie potrafił ich upilnować a ja musiałem się zatrzymać by mnie nie ugryzły. Gdy już udało się przywołać zwierzaki do porządku kolejny raz zadzwonił zegarek. Starałem się przyspieszyć, ale mimo wysiłku czułem, że zaledwie szybko truchtam. Potwornie się męczyłem a zegarek zdawał się odmierzać wieczność. W końcu zadzwonił. Czeka mnie jeszcze tylko jeden. To podbudowało mnie na duchu i dodało sił. Ostatni – i koniec tej męczarni. Przez głowę przemknęła myśl czy uda mi się dotrzeć do domu? Nie było tak źle: po około trzech minutach na złapanie oddechu powróciłem do dobrego tempa (lekko powyżej 5:00/km)  a cały bieg zakończyłem mocnym finiszem.

To mój pierwszy tego typu trening i muszę przyznać, że stanowi on duże wyzwanie. Mimo problemów w trakcie udało się średnie tempo na poziomie 5:29/km. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne będą już dla mnie przyjemniejsze i pozwolą zbudować siłę biegową na półmaraton.
 


Komentarze facebook:

comments

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.