Śnieżyca – 12.5km

Poprzedniego dnia śnieżyca sparaliżowała Polskę – najgorzej było na południu. Na Podlasiu, gdzie przebywałem w weekend śnieg przysypał grubą kołdrą ulice i nie zamierzał przestać. Do tego dochodził silny wiatr, tworzący zamiecie śnieżne. Kolejny dzień to już lepsze warunki dość czarne szosy, więc powrót do Warszawy był bezproblemowy. Dzisiaj kolejny etap przygotowań przed Biegiem Chomiczówki – 12,5km. Plan ambitny – leżało sporo śniegu, ale nie padało.

Rozgrzewka w domu. Postanowiłem w ciepłym pomieszczeniu ustawić dystans treningu. Niestety – iPod rozładował się. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Zawsze ilekroć pozostawiam go bezczynnego automatycznie przechodzi w stan uśpienia. Podłączyłem sieciową ładowarkę (tak, mam takie cudo) i czekałem. Na zegarku 14:15 a o godzinie 15:15 przewidziany był zachód słońca. Nie miałem czasu czekać dłużej. 15 minut ładowania i udało się osiągnąć przedostatnią kreskę. Po uruchomieniu odmierzania – już ostatnia. Ściszyłem muzykę do minimum. Zobaczymy ile będzie w stanie zarejestrować.

Tuż po wyjściu z domu zaczął lekko pruszyć śnieg. Najlepiej biegło się po ulicy, bo chodniki nie zostały jeszcze uprzątnięte. Najgorszym odcinkiem do przebiegnięcia był chodnik na ulicy Obozowej. Śnieg zalegał na głębokość kolan. By pokonać taką przeszkodę trzeba było wysoko unosić nogi. Tętno od razu przyspieszyło i dopadła mnie lekka zadyszka.

Na 1km dobiegłem do lasku na Kole. Śnieg był fragmentami głęboki, ale udawało się odnaleźć udeptane ścieżki. Najgorzej, o dziwo nie było w lesie, ale w Parku Księcia Janusza. W niektórych alejkach zalegał głęboki śnieg nienaruszony żadnym śladem. Nieopatrznie wbiegłem w jedną z nich.  Mała powtórka z rozrywki: znowu wysoko unosiłem nogi, śnieg wsypywał się do butów, tętno przyspieszało, brakowało mi oddechu. Następnym razem zmienię trasy. Przez głowę przemknęła mi myśl czy aby nie przestać. Bieg po głębokim śniegu dają solidnie w kość. Kolejne metry pokonałem w lżejszym terenie i zacząłem kolejne kółko.

Wybrałem teraz trasy ścieżki gdzie śnieg był już ubity – skrócenie dystansu niewielkie, a różnica w zmęczeniu kolosalna. Z każdą minutą robiło się ciemniej i mocniej padał śnieg. Ipod o dziwo dotrwał do połowy dystansu i dalej grał.

Ostatnie kółko rozpoczęło się od przygody z psem. Czworonóg położył się na środku drogi i gdy przebiegałem skoczył do mnie. Właściciel zareagował, ale zbyt późno.  Na moje szczęście zdążyłem uskoczyć. Przynajmniej właściciel przeprosił za swoją lekkomyślność.

Z każdą minutą nogi robiły się cięższe a śnieg sypał coraz intensywniej. Kolano prawie mnie nie bolało.  Na 11km – dopadł do mnie Husky. Właściciela ani widu, ani słychu. Nie szczekał tylko zabiegł mi drogę i przytulił się do nóg. Po chwili gdy ze zdziwieniem patrzyliśmy na siebie pobiegł w swoją stronę. Ipod po ponad godzinie pracy wysiadł a ja biegłem dalej – do domu. Nie zdecydowałem się na powrót chodnikiem. Biegłem ulicą i torami tramwajowymi.

Po powrocie zobaczyłem swoją twarz w lustrze. Brwi były potwornie zmoczone. Tak samo mocno przemoczone miałem nogi przez bieganie w głębokim śniegu. To był jeden z najtrudniejszych treningów, ale satysfakcja po jego zakończeniu jest ogromna :) Mimo awarii zasilania bieg został zarejestrowany.


Komentarze facebook:

comments

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.