Biegnij Warszawo 2009 – relacja

Przygotowanie

Wieczorem poprzedniego dnia udałem się na masaż. Rozmasowane zostały łyki ścięgna achillesa oraz mięsień strzałkowy lewej nogi. Miałem nadzieję, że pomoże to zmniejszyc moje doleglowości. Skutek przerósł moje najśmielsze oczekiwania, ale o tym dalej. Jeszcze rzut oka na trasę – ciekawa. Końcowy zbieg daje nadzieje na dobry rezultat.

Dojazd

Pobudkę planowałem na 6:30, ale wstałem o 7.00. Na śniadanie sprawdzone energetyczne danie: banany z miodem do tego herbata oraz szklanka izotonika. Poranek był chłodny, ale wydawało się, że cieplejszy jak sobotni. Worek ważył potwornie dużo i zastanawiałem sie czy przypadkiem nie przegiąłem z ubraniami i gadżetami. Powoli zmierzałem w kierunku Górczewskiej. Uciekło mi 171 i musiałem poczekać kolejne 10 minut na chłodzie. Wokół żuliki okupowały 24 godzinny sklep. Imprezki zaczete w sobotę jeszcze trwają… ZTM anonsował zmiany w trasie – ciekawe gdzie mnie dowiezie? Na Placu Bankowym wszedł pierwszy biegacz z firmowym workiem biegu. W centrum była już nas solidna grupa. Autobus zatrzymał się na przystanku Rozbrat  jakieś 200m od Torwaru.

Na miejscu byłem kilka minut po 9:00. Nie było tłoczno można było się spokojnie przebrać. Przebieralnie okazały się małymi namiotami z rozstawionym ławkami w środku. Organizator anonsował szatnie więc wziąłem ręcznik klapki i żel. O naiwności ludzka. Pozostał jeszcze wybór stroju. Nabrałem tyle, że spokojnie dobrałbym ciepły strój na temparaturę w okolicac zera :) Tak jak większość biegaczy zdacydowałem się na krótkie spodenki. Co do koszulki to wybrałem z długim rękawem, a na głowę czapkę co by się nie przeziębić. Na doładowanie energii spożyłem batonik z guarana izostara – dołączony jako gratis do odżywki. Czasu było jeszcze sporo, więc dla upewnienia się co do zasadności wyboru stroju wyszedłem na dwór. Było chłodno, rześko, ale nie zimno. Poszedłem pod scenę. Poznalem tam kilka osób, z którymi zamieniłem kilka słów. Na scenie imprezę prowadził Maciej Kurzajewski, który podobnie jak my pobiegnie. Najciekawszy był wywiad z  Danusią Urbanik – srebrna medalistka juniorskiego biegu przełajowych Mistrzostw Europy w Toro. Jak powiedziała młoda biegaczka, średnio kilometr pokonuje w 2:47 to wzbudziło mój wielki szacunek. Nawet gdybym biegł moim szybkim tempem to byłbym 2 razy wolniejszy. Tłum powoli tężał. Spotkałem człowieka, który wróicł z imprezy o 4.00 rano i stawił się na bieg. Jeszcze lekko czuć było od niego wypity alkohol. To się nazywa siła ducha:) Dowiedziałem się od niego, że izotoniki znajdę za sceną. Byłem lekko spragniony – wypita 1 szklanka izotonika 2,5 godziny temu to zdecydowanie za mało.

Rozgrzewka i start

Po chwili rozpoczęła się rozgrzewka. Na scenę wyszły 3 osoby z Gymnasion. Z mikrofonem pojawiła się biuściasta  dziewczyna powiedziała, że nas rozgrzeje :)

Słowa dotrzymała. Było dość ciasno i ciężko było wykonać część ćwiczeń, ale sobie poradziliśmy.  W trakcie rozgrzewki pojawił się lekki ból w lewej nodze. Na szczęście szybko ustąpił.

Po skończeniu ustawiłem się w kolejce do toi-toi i przeszedłem na start. Zgodnie z sugestią organizatorów ustawiłem się w drugiej strefie. Porządku nie było, bo część osób z pierwszej strefy stała obok mnie. Poznałem Wojtka.Okazało się, że mamy podobne doświadczenia i cele na bieg. Czas mijał a nic się nie działo. Rozgrzewkę trzeba więc zrobić jeszcze raz. Wypity Oshee (0,75) zaczął jeszcze raz dawał znac o sobie. Nie było już czasu na powtórną wizytę w przybutku. Lliczyłem, że pobiegnę i nie będę musiał oczekiwać na okazję pójścia "w las". Nagłośnienie w miejscu gdzie stałem było fatalne – nie było słychać prezenterów i tego co się dzieje. Rozpoczęło się odliczanie do startu i… nic. Nawet wystrzału nie słyszeliśmy. Kilka minut oczekiwania.  Śmieliśmy się, że dają fory VIPom co by ich nikt nie wyprzedził :) Wreszcie się ruszyło, ale to był ledwie marsz. Im bliżej do startu tym bardziej się robiło luźno.

Start

Wreszcie przekroczyłem linię i zacząłem bieg. Z początku kiedy tłum ruszył starałem się opanować co by nie podkręcić za bardzo tempa na pierwszych kilometrach. Udało się połowicznie – mimo szczerych chęci nogi same mnie niosły. Do tego konieczność slalomowania między wolniejszymi od siebie. Miało to plusy i minusy, bieg zygzakiem, po krawężnikach nierównościach to ryzyko kontuzji, ale każdy wyprzedzony biegacz to dodatkowa motywacja do podkręcenia tempa. Noga wcale mnie nie bolała! Boże jak za tym tęskniłem. Po drodze spogladałem w poszukiwaniu znaku 1km – nie znalazłem go. System Nike+ oznajmił mi, ze biegnę 5:45/km. Nieźle! Gdybym utrzymał to tempo to miałbym życióweczkę. Pod koniec trasy na Czerniakowskiej wszyscy biegacze spoglądali do góry i pozdrawiali. Ciężko było znaleźć mi kogo. Okazuje się, że na ostatnim piętrze w otwartym oknie 2 staruszki pozdrawiały biegaczy. Wzdruszające. Skręt w Gagarina i zrobiło się dużo bardziej wąsko. Zbiegłem na lewo i chwilę pobiegłem po miękkim pasie zieleni. Po chwili moim oczom ukazał się niewielki znacznik 2km! Uff myślałem, że Nike+ mnie mocno oszukuje! 1,89 km oznajmił system. To mam Cię koleżko! Jest szansa na życiówkę, trzeba trzymać tempo. Pod koniec Gagarina usłyszałem głośny doping. Nareszcie! Go, Go Go! -  Można było się spodziewać, że to obcokrajowcy – nasi tak nie kibicują biegaczom.

Morze koszulek

Po chwili podbieg pod Belwederską i morze niebieskich koszulek szybujących do góry. Co za widok – zacząłem się wydzierać, ale nikt nie podzielał mojego entuzjazmu. Pewnie przestraszyli się podbiegu. Muszę przyznać, że robił wrażenie. Inni łapali zadyszkę i zaczynali iść, a ja wręcz przeciwnie. Sunąłem trochę wolniej, ale z duża enegią do góry. Starałem się podnosić na duchu najbliżej mnie idących. Rzadko kiedy się udawało, ale co mi tam :) Po podbiegu kolejny – tym razem młody biegacz przeżywał swój kryzys. – Dajesz to dopiero 3km! Nie pora na odpoczynek. Jak to usłyszał zerwał się sprintem wyprzedzając mnie o jakieś 300m po czym znowu przeszedł do chodu i tak kilka razy. Za łazienkami wybiegliśmy nad trasę Łazienkowską. Solidnie zawiało. Na szczęście bluzka z długim rękawem skutecznie chroniła mnie przed wyziębieniem. Za chwilę skręt w Piękną i znowu coraz ciaśniej. Tłum się rozrzedzi i to pozwalało kontyuować bieg moim tempem. Po chwili spotkałem parę, obok której stałem pod sceną w trakcie rozgrzewki. Zapytali co tak wolno? Szybko, bo wystartowałem dużo później :)

Kryzys

Po przebiegnięciu przez bramkę zwiastującą połowę dystansu(5km) zacząłem odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. W głowie świtała jedna myśl utrzymać dobre tempo. Będzie rekord.

Tuz potem miałem dość niebezpieczną przygodę. Wyprzedzając grupę wolniejszych biegaczy wbiegłem na chodnik. Tam zwisała rozciągnięta taśma oznaczająca przebieg trasy nie przeskoczyłem nad nią gdy była nisko, lecz próbowałem przebiec pod. Gdy wydawało się, że mam tą przeszkodę za sobą poczułem pociągnięcie za uszy. Słuchawki wkręciły się w taśmę. Zajęło mi jakieś 10 sekund zanim wyplątałem się. Śluchawki okazały się nadzwyczaj wytrzymałe i mogłem w rytm muzyki pokonywac kolejne kilometry. Przy Rotundzie szczególnie od strony Al. Jerozolimskich mogliśmy zaobserwować duży korek. Ujęła mnie jedna pani z pierwszego rzędu która stanęła przed samochodem i pozdrawiała z uśmiechem biegaczy.

Narzucone sobie tempo biegu z każdą chwilą stawało się bardziej nieznośne. Potrzebowałem gonić kogoś. Moją uwagę zwróciła niewysoka blondynka o sylwetce odbiegającej od stereotypu biegaczki, która do tej pory biegła moim tempem teraz zaczęła przyspieszać. Zabrałem się więc w pogoń. Dystans między ulicą Świętokrzyską, a Rondem de Gaula udało się utrzymać za nią. Dalej na placu trzech Krzyży mimo próby podkręcenia tempa uciekła mi.

Pragnienie i ból

Trasa lekko opadała, pozwalając na utrzymanie szaleńczego tempa. Około 8 km poczułem, że zwalniam. (Jak się później okazało było to mylne wrażenie). Głowa chciała biec, a mięśnie już nie. Zacząłem odczuwać coraz większe pragnienie. Biegnące obok mnie osoby miały ze soba napoje. Korciło mnie co by poprosić o łyk picia, ale przecież oni taszczyli to przez cały dystans. A ja bym przyszedł na gotowe. Tak się nie robi. Trzeba myśleć o celu, nie zaprzątać głowę innymi sprawami. Do 9km udało się dobiec bez żadnego bólu – to ostatnio u mnie nowość. O dziwo zabolała mnie prawa noga w kostce. Zaczynał się stromy bieg a ja zwalniałem. Ok. Opanuj się spróbuj się rozluźnić i wydłużyć krok. Po kilkunastu metrach ból ustąpił a na horyzoncie pojawiła się meta.

Finisz

Starałem się przyspieszyć – ile sił w nogach, ale nie potrafiłem. Silniki w mocnych sportowych autach mają  fabrycznie ograniczoną prędkośc do 250km/h. Potem następuje odcięcie mocy.  Ja czułem jakbym pędził 249km/h i zaraz zbliżę się do granicy odcięcia. Próbowałem wykrzesać resztki sił i wyprzedzić jeszcze biegnących przede mną. (widać to doskonale na zdjęciu)

Oni też finiszowali, więc wyprzedziłem jedynie kilku. Jeszcze ostatnie metry i podniosłem ręce do góry w geście zwycięstwa. To było moja nagroda za treningi.

Zakończenie

Tuż za metą musiałem praktycznie się zatrzymać. Powstał ogromny korek powoli poruszający się w kierunku wyjścia. Próbowałem zdjąć z koszulki Chip-a o czym cały czas przypominali organizatorzy. Tak jakby to była najważniejsza czynność w trakcie całej imprezy. Nie potrafiłem tego zrobić, podobnie jak zaczepieni koledzy. Jeden z nich dał mi wskazówki jak to zrobić i udało się. Z jednej strony. Druga uparcie sie trzymała. Będą musieli sami zdjąć. Na śmierć zapomniałem o wyłączeniu nike+. Wynik – życiówka 51:28 :) Świetnie – ciekawe czy udało mi się złamać granicę 50:00 – jeśli nie to niewiele brakowało.

Stanąłem w kolejce po medal, wodę i wafelka Knoppers. W ekspresowym tempie wypiłem wodę. Wafelek smakował również cudownie. (Śmiałem się, że ja nie biegnę dla medalu – tylko dla wafelka). W oczekiwaniu na wyjście spotkałem kolegę używającego identycznych słuchawek. Tak jak ja używał ich od niedawna (2 miesiące) i był zadowolony z zakupu. Obydwaj nie zdecydowaliśmy się na ich wymycie pod wodą mimo, że producent deklaruje ich wodoodporność.  Wychodząc spotkałem kolegę z pracy Huberta. Okazało się, że on również biega. Miał cel inny od mojego – złamanie 50:00, jednak mu się nie udało z powodu choroby.

Po biegu wróciłem na Torwar, zabrałem worek i znalazłem kawałek miejsca aby wykonać rozciąganie. Cudownie leży się z nogami w górze :) Wkroczyłem do szatni i o mało się nie udusiłem. Panował tu specyficzny aromat, ale wolałem sie przebrać niż fundować współpasażerom w autobusie takie atrakcje. Na dnie worka czekał Power Rade, którego po drodze wypiłem do ostatniej kropli. Autobus stojący na przystanku okazał się być prawie pusty – z łatwością znalazłem miejsce przy oknie i pograżyłem się w drzemce. Tak minęła mi droga do domu. Pogoda się coraz bardziej psuła, zaczynał padać lekki deszczyk i wzmagał się wiatr. Cieszyłem się, że w takiej aurze nie przyszło startować. Po spożyciu odbiadu i kąpieli zdrzemnąłem się w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

Podsumowanie:

Sportowo - cudowny bieg bez bólu ze świetnym rezultatem. Nareszcie poczułem siłę w nogach. Trochę czasu zajęło mi przeciskanie się pomiędzy wolniejszymi biegaczami, ale też dodawało ochoty do biegu. Jestem dumny ze swojego rezultatu. Sukces :D

Organizacyjnie - wiele spraw wymagało dopracowania, ale imprezę oceniam bardzo pozytywnie. Zachęcam wszystkich do uczestnictwa w podobnych wydarzeniach – to wielkie święto biegania. Jeśli miałbym zgłosić zastrzeżenia to najbardziej przeszkadzało mi:

  • słabe, niewidoczne oznaczenie dystansu
  • brak możliwości sprawdzenia wyniku po biegu

 


Komentarze facebook:

comments

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.