Zaduch(a)

Dzisiaj potwornie duszno, prawie opustoszały park – czułem, że będzie ciężko. Już pierwsze metry biegu i pot zaczął spływać po ciele…
Nogi jeszcze nie wypoczęły więc czułem, że biegnę wolniej. Tradycyjnie po około 15 minutach biegu kryzys, który minął po kolejnych 10.
Sympatyczny starszy pan na 3 kółku powiedział, że strasznie się spocę w taką pogodę. Na czwartym odpowiedziałem, że to ostanie.
Wtedy w okolicach 40 minuty uszły ze mnie siły i musiałem mocno się nagadać sam ze sobą. O tym, że przynajmniej 45 by się przydało – maraton przecież tak niedaleko.Jak już się udało – musiałem użyć kolejnych: przecież i tak będę musiał wracać do domu czy na piechotę czy biegiem. To lepiej przecież pobiegać. Siła ducha :) Niesamowite jest to ile biegu toczy się właśnie w głowie. Bez silnej woli ciężko przezwyciężyć sygnały wysyłane przez organizm i dobiec do celu.

Skończyło się na 51:18 i potwornej zadyszce na górze. Po stronie strat – solidnie obtarta pachwina:/ Na stronę zysków – zrealizowany plan.
Wieczorem licytacja nike+ – narazie wygrywam.


Komentarze facebook:

comments

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.